16:05

Nie ma za co?


Na słowo proszę odpowiada się prawie że automatycznie - dziękuję. Przynajmniej wśród osób w miarę dobrze wychowanych. Co jednak w przypadku, gdy to ktoś inny mówi pierwszy dziękuję?

Odkąd tylko pamiętam, na dziękuję zawsze odpowiadałem tak samo automatycznie, jak na proszę. W zależności od kontekstu mówiłem: nie ma za co, żaden problem, drobiazg, czy też po prostu luźne spoko. Do czasu...


Do teraz pamiętam swoje zdziwienie, gdy na swoje podziękowanie usłyszałem: proszę. I nie było to ironiczne proszę, będące w istocie eufemizmem od znaj moją łaskę. To było coś nowego, innego i niezwykłego. Uświadomiło mi to nagle, że tak naturalne dla mnie i oczywiste wcześniej odpowiedzi, wcale takimi być nie muszą. A im częściej słyszałem proszę na moje dziękuję, tym bardziej się w tym utwierdzałem.

W czym rzecz? Wystarczy zwrócić uwagę na to, czym tak naprawdę są przytoczone już wcześniej stwierdzenia typu: nie ma za cożaden problemdrobiazg... Może i rzeczywiście wykonana przez kogoś praca była drobiazgiem. Może istotnie nie sprawiła żadnego problemu i nie ma za co dziękować. Ale czy nie umniejszają też one wartości pracy przez kogoś wykonanej (jakkolwiek mała by ona już wcześniej nie była)?

Niby nic, ale zastanawiam się czy nie jest to aby jeden z elementów, mających wpływ na to, o czym pisałem w tekście 5 Złotych. Skoro bowiem ktoś sam przez lata powtarza teksty umniejszające wartość jego pracy, to czy w końcu sam nie zaczyna w to wierzyć?

Nie twierdzę oczywiście, że przyczynia się to do tego, że w relacjach biznesowych usługobiorca nie będzie płacił usługodawcy, bo przecież nie ma za co. Tym niemniej, problem z samoświadomością wartości wykonywanej przez siebie pracy istnieje, i jest aż nadto widoczny.

Może więc język jakim się posługujemy ma większy wpływ na nasze życie, niż nam się wydaje?
Może warto poświęcić mu więcej uwagi, by używać go bardziej świadomie?

10 komentarzy:

Caddi Fredson pisze...

Język, którym się posługujemy, determinuje obraz świata, jaki jest w naszej głowie. Nie ma czegoś takiego, jak obiektywizm postrzegania... jest tylko język.
Trafnie zwróciłeś uwagę na swoje zaskoczenie, gdy ktoś posłużył się językiem w inny sposób niż byłeś przyzwyczajony.

Martin Zalewski pisze...

A wystarczyło posłuchać obcokrajowca mówiącego w swoim ojczystym języku. :)
Niemcy mówią bitte i gerne, Anglicy (anglojęzyczni) - you're welcome. My mamy nie ma za co...
Co znamienne, wiele słowników tłumaczy you're welcome (m.in.) jako nie ma za co, właśnie. Choć podejrzewam, że to dla ułatwienia rozpoznania sytuacji w jakich ten zwrot może być używany, niż jako jego rzeczywiste znaczenie.

Ola O pisze...

Słusznie zauważyłeś użyteczność słów w języku codziennym. Mimo, że istnieje niemiecka forma 'nichts zu danken', jeszcze się z nią nie spotkałam. Właśnie wyrażenia bitte czy gerne są na porządku dziennym. I nie jest to jedyny przykład. Angielskie 'you're welcome' to nic innego, jak 'proszę uprzejmie', a nie 'nie ma za co', we Francji niby posiadają 'de rien' czy 'pas de quoi', jednak na słowo 'dziękuję' słyszysz 's'il vous plait'. I można by znaleźć jeszcze kilka takich przykładów w praktycznie każdym języku, ale po co? Mimo, że teoretycznie ten zwrot funkcjonuje, nie jest nim na porządku dziennym. Więc dlaczego w Polsce zamiast odpowiadać 'proszę uprzejmie', ludzie sami umiejszają swojej pracy włożonej w cokolwiek, mówiąc 'nie ma za co'? Toż to męczeństwo utrapione. Taka biedna i skromna ta nasza Polskość, bo przecież w historii nigdy nic nie znacząca. To i naród w większości ma takie spaczone spojrzenie. Jednak cięzko takie zakorzenienie wyciąć. Zmienia nas dopiero kontakt i zderzenie z zupełnie innym środowiskiem. Choć dobrze, że w ogóle cokolwiek jest w stanie nas zmienić ;)

ja katya pisze...

Jeśli chodzi o umniejszanie własnej pracy to tu się nie zgodzę. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Kiedy odpowiadam "nie ma za co" na "dziękuję" to mam świadomość tego, że w zasadzie zrobiłam nic, bądź niewiele, a często przy okazji czegoś co i tak musiałabym zrobić. "Nie ma za co" traktuję jak potwierdzenie oczywistości, naturalności, no ogólnie zwyczajności tego, co zrobiłam. A może nawet nie tyle nie ma za co, co po prostu nie ma sprawy, bo raczej używam tego sformułowania.

Kiedy ktoś mi dziękuje za moją faktyczną pracę odpowiadam "proszę bardzo" i tyle.

Za to nigdy nie zapomnę sytuacji, która wydarzyła się w przedszkolu kiedy miałam 4 lata. Koleżanka mnie kopnęła, pani kazała jej mnie przeprosić i czekała na moją odpowiedź. Pamiętam swoje zaskoczenie - ja poszkodowana, no i co niby miałabym powiedzieć? Dziękuję? Nie. Chodziło właśnie o "nie ma za co". Na szczęście odpowiadanie w ten sposób na przeprosiny za wyrządzoną mi szkodę nie weszło mi w krew :)

Martin Zalewski pisze...

Nichts zu danken chyba tylko raz słyszałem. Bitte i gerne przeważają zdecydowanie.

Martin Zalewski pisze...

Czasem rzeczywiście "nie ma za co" dziękować. Bardzo często jest tak, gdy pomoc komuś była efektem ubocznym, a nie zamierzonym celem naszego działania. Tym niemniej, bardzo dużo ludzi mówi "nie ma za co", niejako z automatu, niezależnie od ważności i wartości wykonanej przez nich pracy, bez jakiejkolwiek refleksji nad rzeczywistym znaczeniem tego stwierdzenia.
Cieszę się, że Ty do tego grona się nie zaliczasz. Im nas więcej, tym lepiej. :)

nie ma za co pisze...

U mnie na słowo 'dziękuję' odpowiedzieć można 'dziękuję za dziękowanie' (pokolenie na wymarciu) lub 'na zdrowie' (starsze pokolenie), lub 'również dziękuję tobie' i 'dziękuję, dziękuję' (pokolenie średnie), lub wzruszenie ramion, zrobienie wielkich oczów (młodsze po...lenie) lub 'mamusiu a co ta pani mówi? (najmłodsze ... )
Dziękuję :)

Martin Zalewski pisze...

Dziękuję, nie ma za co. :)

Magda Świtoń pisze...

Zabawny zbieg okoliczności. Od jakiegoś czasu mam podobne przemyślenia, choć nie tylko w kontekście "proszę-dziękuję" ale również kilku innych zwrotów i zachowań, którymi nieświadomie umniejszałam wartość swoją i swojej pracy.

A co do tekstu 5 złotych:
Wczoraj znajomy poprosił mnie o wycenę dla niego drobnego projektu. Wyceniłam swoją pracę tak jak dla każdego innego klienta. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znajomy próbował namówić mnie do pracy za 1/4 zaproponowanej stawki. Bo chociaż odzywa się do mnie tylko wtedy, gdy czegoś chce, to przecież jest moim znajomym! :)
Wytłumaczyłam mu grzecznie, że nie mogę pracować poniżej pewnej kwoty i... kolega się mocno obraził.
Tak sobie myślę, że do pewnych rzeczy dojrzeć musi nie tylko wykonawca, ale i klient :)

Martin Zalewski pisze...

Witam Cię serdecznie. :)

Z tym dojrzewaniem do pewnych rzeczy jest w sumie dość ryzykownie. Gdy się już samemu tego dokona, to niestety, ale uchybienia od pewnych norm strasznie kują wtedy w oczy, bo się je po prostu zauważa.

Ja mam tak z błędami w języku polskim. Nie twierdzę, że sam jestem w tej kwestii nieomylny, wręcz przeciwnie. Jednak mimo to, człowiek mimowolnie już wychwytuje u innych: "wziąść", "wyłanczać", czy też "bynajmniej" zamiast "przynajmniej". I to wtedy boli. ;)

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI