19:37

Jak wykiwać Niemców


Historia ta miała miejsce bardzo dawno temu, gdy to na polskich ziemiach samowolnie rozpanoszyli się Niemcy. Front był daleko a mieszkańcy małych wiosek nie mieli ani broni, ani wystarczającej ilości ludzi, by stawić czoła najeźdźcy. Zatem wszyscy żyli w przymusowej symbiozie - Polacy żywili Niemców w zamian za co Niemcy nie rozstrzeliwali Polaków.


Dziadek mój, który wtedy nie wiedział nawet, że moim dziadkiem będzie, bo sam był wtedy małym chłopcem, lubił przebywać w pobliżu Niemców. Bynajmniej nie z powodu sympatii do nich, lecz dlatego, że można było czasem dostać od nich prawdziwą czekoladę! Chyba nie muszę wyjaśniać, czym była dla małego chłopca prawdziwa czekolada w sytuacji, gdy nikt nawet o tabliczkach czekoladopodobnych nie myślał?

Razu pewnego, w wiosce, gdzie działa się cała ta historia, miała pojawić się jakaś ważna delegacja niemiecka, a dowództwo wojsk tam stacjonujących miało wygłosić jakąś konferencję. Dla wszystkich - mieszkańców i niemieckiego wojska. Chcąc przypodobać się przybyłym gościom, oraz by pokazać jednocześnie, jak bardzo zżyci są z mieszkańcami, dowódcy zatrudnili mojego dziadka, by ten nauczył ich kilka podstawowych zwrotów grzecznościowych po polsku (dzień dobry, witamy itp.). W zamian za co mój dziadek miał otrzymać kilka tabliczek czekolady i puszkę landrynek! A to już nie przelewki! Wszyscy więc ciężko pracowali, by efekt był jak najlepszy.

Nadszedł w końcu dzień na który wszyscy czekali - przybyła delegacja. Przybysze zostali ulokowani w specjalnie do tego przygotowanej sali. Mojego dziadka nie wpuścili, ale znalazł sobie wygodne miejsce z zewnętrznej strony okna, skąd mógł obserwować efekty swojej pracy, delektując się swoimi landrynkami. Delegacja ulokowana na krzesełkach. Wchodzi dowódca wojsk stacjonujących i wita się z przybyłymi:
- Jestem GUPI!

Od tamtego momentu dziadek mój na długo zapomniał, jak smakuje czekolada i landrynki...
Ale przynajmniej miał co wnukom opowiadać.

6 komentarzy:

Krzysztof Kupiński pisze...

Miał talent w nauczaniu języka. W każdym razie masz, co opowiadać takż eswoim dzieciom i wnukom. To może być fajna rodzinna opowiastka przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Martin Zalewski pisze...

I tak też pewnie będzie. Szkoda tylko, że nie mogę sobie przypomnieć czegoś takiego ze swoim udziałem.

punktpotrójny pisze...

Ciotka moja w Stanach porabiała na czarno w kuchni, nie pamiętam dokładnie gdzie - ale na pewno z zakonnymi siostrami. Wyuczyła je polskich odpowiedników nazw, funkcji itp. Oczywiście w terminologii "burdelowej". Np. do siostry przełożonej zwracały się "stara k...". Ktoś w końcu się skapował o co kaman, wyleciała z roboty, na szczęście do Polski wracać nie musiała...

Julia K pisze...

Martin :) życie przed Tobą. Jeszcze takie historie stworzysz. Choć ta nie powiem...przednia :)

Martin Zalewski pisze...

Jasne, trza brać z życia pełnymi garściami. Ale wyczynu podobnego kalibru, co ten dziadka, to już raczej nie będę w stanie dokonać. :)

Martin Zalewski pisze...

Odwagę miała nie mniejszą niż mój dziadek. ;)

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI