06:19

Życie szczęśliwe


Przykazania Leszka Kołakowskiego
Po pierwsze przyjaciele.
A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Profesor Leszek Kołakowski to już drugi profesor przywoływany przeze mnie na blogu. Bardzo go sobie cenię chociażby za lekkie w odbiorze, ale wartościowe w treści "Mini wykłady o maxi sprawach".  Jednak o ile w przypadku prof. Baumana, posłużyłem się jego słowami w celu wyrażenia własnych myśli, tak tutaj chciałem wytknąć nieprawidłowości poglądów pana profesora Kołakowskiego.

Celowo zastosowałem czas przeszły, gdyż z pomysłu 'wytykania błędów' postanowiłem zrezygnować, po zapoznaniu się z całością wywiadu, którego owocem są przedstawione przykazania. Lektura zapisu rozmowy Jacka Żakowskiego z profesorem przyniosła mi niemałą ulgę [Niezbędnik inteligenta, dodatek do POLITYKI z 18 września 2004 r.]. Uwolniła mnie ona bowiem od myśli, że oto ja, prosty i nie mogący pochwalić się żadnym tytułem naukowym człowiek, śmiem poddawać w wątpliwość tezy prezentowane przez światłego profesora? Z drugiej zaś strony, kilka z wymienionych przykazań budzi mój stanowczy sprzeciw. Nie mówiąc już o tym, każda próba stworzenia uniwersalnej recepty na szczęście skazana jest na porażkę.

Okazało się jednak, że ta lista prawd, mających zapewnić człowiekowi szczęśliwe życie, to w dużej mierze efekt sposobu prowadzenia rozmowy przez redaktora Żakowskiego, który na wywiad wybrał się najwyraźniej z zamiarem utworzenia takiej właśnie listy, czego wyraz dał już na samym początku: "Przyjmijmy, że stoi przed panem człowiek w prawdziwej potrzebie i prosi o pomoc. Może nie wie, co ma z życiem zrobić. A może źle sobie życie układał. Może czuje, że przyszła ostatnia chwila, kiedy może coś zmienić i skoncentrować się na tym, co jest naprawdę ważne. Musi mu pan pomóc". Później zaś skrzętnie wyłapuje wszystkie hasła i stara i prosi o ich rozwinięcie. Sam profesor natomiast bardzo broni się przed próbą stworzenia recepty na szczęście.

Zamiast więc wytykania przeze mnie "błędów" popełnionych przez profesora Kołakowskiego, proponuję wspólną polemikę nad jego przykazaniami. Dzięki temu nie tylko pozbywamy się etykiety 'mądrali', poprzez prezentowanie swoich poglądów na zasadzie: "osobiście uważam, że jest inaczej", zamiast: "a właśnie, że nie!", ale też możemy wypowiedzieć się na temat przykazań, którym nie mamy nic do zarzucenia, potwierdzając je własnym doświadczeniami i/lub przemyśleniami.

Po pierwsze przyjaciele.
To pierwsze i wg profesora najważniejsze przykazanie. Już ono jednak może w niektórych wzbudzić sprzeciw. Święty Augustyn powiedział przecież: "Jeśli Bóg w twoim życiu jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na swoim miejscu. Jeśli Bóg nie jest na pierwszym miejscu, to nic nie jest na swoim miejscu". Cóż... Niektórzy pewnie tak postrzegają rzeczywistość. Dotyczy to jednak tylko tych, który uważają się za osoby wierzące. I to z zastrzeżeniem, że mówimy tu tylko o radykałach, którzy całkowicie i ślepo wierzą we wszystko, co mówią ci, którzy w hierarchii ich wiary są wyżej postawieni. Doświadczenie pokazuje jednak, że takich ludzi jest mało. Większość bowiem, nawet jeśli deklaruje się jako osoby wierzące, ich wiara jest wybiorcza - wierzy w to, co im pasuje, odrzucając to z czym się nie zgadza. Przykłady można mnożyć: in vitro, środki antykoncepcyjne, związki homoseksualne, aborcja, eutanazja. Nawet jeśli w pogląd na którąkolwiek z tych spraw różni się od wersji głoszonej przez Kościół, w dalszym ciągu sami uważają się za osoby wierzące. Dla nich więc nie będzie problemem zaakceptowanie 'prawa przyjaźni', jako najważniejszej rzeczy, która może dać człowiekowi szczęśliwe życie.

Okazuje się jednak, że i osoby nie uznające kompromisów w ich wierze, mogą z czystym sumieniem zgodzić się z profesorem Kołakowskim. Wystarczy, że Boga (Chrystusa) uznają za swojego przyjaciela. Nie wnikając w racjonalność takiego postępowania można więc uznać, że I Prawo Człowieka Szczęśliwego nie stoi w sprzeczności z Prawem Bożym. Wiemy zatem, że wiara nie musi być powodem odrzucenia przyjaźni, jako przepisu na szczęśliwe życie. Jest jednak coś, co może niektórych do tego skłonić, a imię tego jest miłość.

Uznanie przyjaźni za coś bardziej wartościowego niż miłość może się wydawać dość ryzykowne. Osobiście jednak całkowicie podzielam pogląd profesora, który zauważa, że "w odróżnieniu od miłości, przyjaźń nie idealizuje", co czyni ją wg mnie bardziej wiarygodną. W relacje przyjaźnie nie wchodzi tzw. 'chemia', której kontrolować raczej się nie da, przez co będących pod jej wpływem zmusza czasem do całkowicie nieracjonalnych poczynań. Przyjaźń jest zatem nie tylko bardziej logiczna ale również bezpieczniejsza. Nie zdarzyło mi się jeszcze ani przeżyć, ani nawet usłyszeć o sytuacji w której jeden z przyjaciół oznajmił drugiemu, że już nie łączy ich to uczucie. Że przyjaźń między nimi była cudowna, ale on już nie czuje tego co wcześniej. Już nie czuje, że łączy ich przyjaźń. A w miłości? Myślę, że niewielu z nas dostąpiło zaszczytu nie usłyszenia w swoim życiu słów: "Już cię nie kocham". Tak po prostu...

Nie twierdzę, że miłość jest fuj i należy trzymać się od niej z daleka. W końcu różne są rodzaje miłości. Również w odniesieniu do przyjaciela można powiedzieć, że się go kocha. Uważam jednak, że przyjaźń jest dużo pewniejszym gwarantem szczęścia, niż miłość rozumiana jako relacja pomiędzy dwiema osobami, które chcą dzielić ze sobą całe życie. Gdyby było inaczej, to czy mielibyśmy tylu ludzi, którzy nie związali się z nikim na stałe, a jednak uważających się za osoby szczęśliwe?

Chcieć niezbyt wiele. Nie dbać o sławę. Wyzbyć się pożądliwości.
Godzić się na miernotę życia. Nie szukać szczęścia.

Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Tych kilka 'praw' zdecydowałem zebrać razem, gdyż z powodzeniem można je wszystkie podpiąć pod jedno wspólne hasło: 'Bądź nikim'. Budzi to mój stanowczy sprzeciw, choćby dlatego, że kłóci się to z moją filozofią robienia sobie dobrze. Takie podejście do życia wg mnie nie tylko nie daje nam szczęścia, ale wręcz nas go pozbawia. To zachęta do zamknięcia się w swojej tzw. strefie komfortu, która co prawda daje nam pewną stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, ale wynika ono z rezygnacji z tego, czego tak naprawdę pragniemy. Sam prof. Kołakowski przyznaje, że owszem, większość ludzi chciałoby tego, z czego on radzi zrezygnować, ale swój pogląd argumentuje tym, że najczęściej na samych chęciach się kończy. A jeśli nie, to otrzymany rezultat jest zwykle gorszy od oczekiwanego, przynosząc rozczarowanie zamiast zadowolenia i szczęścia.

Prawdą jest, że większość z nas ma swoje marzenia. Rzadko kto jednak podejmuje się ich realizacji. Wymaga to bowiem wiele wysiłku i poświęcenia, które nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty. Nie rozumiem jednaj dlaczego proponuje mi się godzenie na miernotę życia, zamiast racjonalizacji oczekiwań i ustawicznego dążenia do realizacji planów? Nawet jeśli uda mi się zrealizować tylko 10% z założonego celu, to będę przecież o te 10% bogatszy. Czegoś się nauczę. Czegoś doświadczę. Poza tym, przy następnym podejściu nie będę miał już całej drogi do pokonania. Będzie ona nie tylko krótsza, ale i łatwiejsza, dzięki doświadczeniu z wcześniejszych prób. A przy podejściu, że nie tylko sam cel, ale i droga do niego jest wartością, nie czeka mnie rozczarowanie na mecie.

Osobiście więc wymazuję z listy omawiane 'przykazania', a w ich miejsce wstawiam: 'Więcej chciej i do tego dąż'. Poza tym, sam profesor przyznaje, że "mierzyć wysoko jest chyba rzeczą dobrą". Trzeba tylko pamiętać, by 'Mierzyć siebie swoją własną miarą' i na samym mierzeniu nie poprzestawać.

Zrozumieć swój świat. Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Gdy już zdecydujemy się na realizację swych marzeń (które na tym etapie stają się celami), warto pójść za radą profesora i przynajmniej starać się 'Zrozumieć swój świat', czyli umiejscowić siebie i swoje marzenia w szerszym kontekście, w konkretnej czasoprzestrzeni uwarunkowanej takimi, a nie innymi zasadami. Zrozumienie tego pozwoli nam uniknąć wielu rozczarowań. Są również pewne uniwersalne zasady, jak chociażby ta, że niezależnie od tego, co o sobie myślimy, pępkiem świata nie jesteśmy, więc kompromisy to stały element naszej codzienności. Inni przecież mają takie samo prawo do szczęścia, jak my.

Nie mieć pretensji do świata. Nie skarżyć się na życie.
Dwie prawdy pomiędzy którymi można by w zasadzie postawić znak równości. Nie skarży się przecież na życie ten, który nie ma pretensji. Tu kolejny raz w pełni zgadzam się z profesorem. Zgoda na pretensje do świata i użalanie się nad własnym losem to w moim odczuciu stawianie się w pozycji ofiary. Jest to oczywiście wygodne, bo za jednym zamachem można pozbyć się odpowiedzialności, jak i konieczności  zmiany zaistniałego stanu rzeczy. Z drugiej zaś strony, taka bierność w obliczu przeciwności losu w niczym naszego położenia nie poprawi. Może co najwyżej zwiększyć naszą frustrację.

Jeśli czegoś nie chcemy zrobić - szukamy powodu, jeśli chcemy - sposobu. Zamiast więc się poddawać, może lepiej spróbować zmienić to, co nam nie odpowiada? Może warto powalczyć o swoje? Pamiętać przy tym jednak należy, by:

Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Bez względu na to, co nam wpajano w dzieciństwie, jakkolwiek szlachetna jest to idea, świat nie jest miejscem na którym rządzi sprawiedliwość. Dobro nie zawsze zwycięża, dobra karma nie zawsze do nas wraca, nie za wszystko jesteśmy odpowiednio wynagradzani, nie zawsze jesteśmy doceniani... Tego typu 'nie zawsze' można mnożyć w nieskończoność. Co więcej, czasem nie tylko ominie nas nagroda, ale zamiast niej spotka nas kara.

Tym niemniej dla kogoś z odpowiednią motywacją, nie będzie to powód do obrażania się na świat, czy choćby rezygnacji z własnych planów. Wystarczy przecież pamiętać dla kogo robimy to, co robimy - dla siebie. A nagrody też możemy sobie sami przyznawać. Daje to nam nawet tę przewagę, że samoobdarowanie pozbawia nas ryzyka nietrafionego prezentu. No i działa to znakomicie na motywację.

Z zasady ufać ludziom.
To hasło, które przyświeca mi w życiu od zawsze. Od zawsze też znajdowali się życzliwi, którzy ostrzegali mnie, że kiedyś się na tym przejadę. Nie przeczę, że i tak bywało. Mając świadomość niesprawiedliwości świata oraz obdarowując nowo napotkane osoby pełnym kredytem zaufania, nie sposób nie przekonać się, że nie wszyscy na ten kredyt zasłużyli. Nie wyobrażam sobie jednak życia z innym podejściem do ludzi. Życie w świadomości, ze gdzieś czai się ktoś, kto czyha na moją naiwność, wydaje mi się szalenie stresujące i unieszczęśliwiające. A chyba nie o to nam chodzi, prawda?

Poza tym, moje osobiste doświadczenia wskazują na działanie pewnej prawidłowości: okaż drugiemu zaufanie, a odwdzięczy ci się tym samym.

Nie pouczać.
Prof. Kołakowski chyba słusznie stwierdził, że "w pouczaniu jest zazwyczaj coś podejrzanego". Czasem trudno bowiem stwierdzić, co jest chęcią udowodnienia, że 'moja racja jest mojsza niż twojsza', co szczerą wolą pomocy, poprzez przedstawienie własnego punktu widzenia, a co zwykłym zwróceniem uwagi na popełniony błąd. Wydaje mi się, że kluczowa w tym przypadku jest intencja, gdyż czasem ani forma, ani treść przekazu nie pozwala na jednoznaczną identyfikację.

Najłatwiej oczywiście w przypadku znajomych, którzy wiedzą na co mogą sobie pozwolić w rozmowie, ponieważ mają pewność, że zostaną dobrze zrozumiani. Co jednak z obcymi, którzy dają nam 'dobre rady'? Cóż, tutaj pomocna może się okazać wcześniej wymieniona zasada. Dzięki presumpcji dodatniej do zagadnienia podejdziemy z otwartym umysłem, który nie włączy mechanizmu obronnego, karzącego nam twierdzić, że ktoś wtrąca się w nasze życie, przez co całkowicie zamykamy się na jego argumenty.

A czy my sami powinniśmy pouczać? Zgodnie z radą profesora zalecałbym daleko idącą ostrożność i wstrzemięźliwość. Choć sam wiem, że do najłatwiejszych zadań to nie należy. Za to nietrudno być źle zrozumianym...

Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Te dwa zagadnienia pozostawię bez szerszego omówienia z mojej strony. To pierwsze jeszcze mnie nie dotyczy, a drugiego dopiero się uczę (Na szczęście zdolność do podziwiania pewnego rodzaju piękna mam wrodzoną). Wierzę jednak, że są to rzeczy, które niewątpliwie pomagają w osiągnięciu szczęśliwego życia.

Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.
"Nie ma ostrych granic. W żadnej najsłuszniejszej sprawie nie warto popadać w fundamentalizm. Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu, to znów jest w życiu ważne. Zasady nieugięte, twarde, niepodlegające korekcie, niedające się zmiękczyć – to przeważnie nie są zasady zbyt mądre. Mądre zasady nigdy nie są absolutne. Bo w życiu prawie nigdy nie zdarzają się sytuacje, w których nic się nie liczy oprócz jednej rzeczy. No i niech tak będzie. Nie ma jednoznaczności w świecie. Tak ma być. Tak chyba być musi. I tak chyba jest dobrze" - prof. Kołakowski.

Omówionym tu 'Przykazaniom' również daleko do prawd absolutnych. Sam poddałem w wątpliwość słuszność niektórych z nich. Nie oznacza to bynajmniej, że są one nieprawdziwe. Oceń samodzielnie. To Twoje życie.

26 komentarzy:

Baba ze wsi pisze...

Za dużo izmów i ości jak na mój prosty umysł...
Zacząć od zrozumienia siebie i swych potrzeb, a reszta wyjdzie sama...
O prawdy absolutne może byłoby łatwiej, gdybyśmy wszyscy mieli te same linie papilarne... ;)

Foxybijacz pisze...

"Nie zdarzyło mi się jeszcze ani przeżyć, ani nawet usłyszeć o sytuacji w której jeden z przyjaciół oznajmił drugiemu, że już nie łączy ich to uczucie. Że przyjaźń między nimi była cudowna, ale on już nie czuje tego co wcześniej. Już nie czuje, że łączy ich przyjaźń." - niemniej i takie rozwody, niestety (albo i stety), się zdarzają...

Nigdy chyba nie będę w stanie tak przysiąść jak Ty i pokusić się o tego rodzaju przemyślenia. Gratulacje! :)

Martin Zalewski pisze...

Daleki jestem od stwierdzenia, że przyjaźnie się rozpadają (choć częściej bywają separacje). Głupcem byłbym, gdybym tak uważał. A w zacytowanym fragmencie kluczowe jest pominięte przez Ciebie końcowe stwierdzenie: "Tak po prostu". Na zerwanie przyjaźni trzeba sobie mocno zapracować, natomiast miłość można utracić tak po prostu.

Ty jesteś przyzwyczajony do pisania znacznie krótszych i mniej zobowiązujących tekstów. Ale jak w tekście napisane zostało: ten kto chce - szuka sposobu. Ja w nocy oka nie zmrużyłem, bo chciałem ukończyć swe dzieło. ;)
Zrobiłem sobie ostatnio długą przerwę, to i mi się dużo literek tym razem nastukało. Cieszę się, że są tacy, którzy czasu poświęconego na zapoznanie się z tworzoną przez te literki treścią, nie uznają za stracony. :)

Martin Zalewski pisze...

Raptem 5 izmów i 28 ości. Jak na teks zawierający ponad 2000 wyrazów, to wcale nie tak dużo. :D

Baba ze wsi pisze...

Jedna wystarczy, by zadławić ;)

Baba ze wsi pisze...

Tu się wtrącę - nic co dobrze przemyślane, nie jest marnowaniem czasu, ani własnego, ani cudzego. Za to często przyczynia się do poszerzania horyzontów.

Mój prywatny bunt wypływa tylko z tego, że niektórzy uważają, iż im więcej trudnych słów, tym najbardziej banalne aspekty naszego życia będą wydawały się donioślejsze, a oni mądrzejsi...
Owszem, po to profesor przez wiele lat się uczył, dokształcał, rozwijał, by z bogatych zasobów języka korzystać, ale ja jestem jednak za prostotą, umiejętnoscią przystępnej komunikacji.
Jak twierdził ten mały człowieczek od róży - słowa (i tak) są źródłem (zbyt wielu) nieporozumień :)

Martin Zalewski pisze...

Z pełną premedytacją używam 'mondrych' słów, mając świadomość możliwości uzyskania etykiety 'mondrali'. Dlaczego? Bo się dzięki temu uczę i wzbogacam swoje słownictwo. A przy okazji może ktoś inny również zajrzy do słownika? W sumie to tylko kilka kliknięć, a czegoś można się dowiedzieć. :)
Poza tym, uważam, że poważnemu blogerowi (a takim staram się być) niedaleko do dziennikarza (którym jeszcze nie tak dawno starałem się być), a ten powinien nie tylko o treść, ale i formę dbać.
Oczywiście większość zapewne podziela Twój pogląd. Pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałem pierwszy cukierek od mojego dziadka... A nie, przepraszam, to nie ta historia! Jeszcze raz.
Pamiętam bardzo dobrze, jak na zajęciach z pracowni prasowej, oberwało mi się od wykładowcy już po przeczytaniu pierwszego napisanego przez siebie zadanego tekstu. Powodem było użycie słowa 'roszada' w tytule przedstawianego artykułu. I nie był to odosobniony przypadek. Również na praktykach zwrócono mi na to uwagę.
Cóż, moi opiekunowie i wykładowcy patrzyli na sprawę z bardzo pragmatycznej strony - starali się przygotować mnie do pisania tekstów dla przeciętnego odbiorcy treści dziennikarskich. A ten, co z przykrością stwierdzam, dziadzieje. W mediach zaś obserwuję bardzo mnie zasmucający mechanizm równania w dół. Takie są jednak prawa rynku. Dlatego też na moim blogu, gdzie mam ten przywilej, że to ja decyduję jak piszę, pozwalam sobie na odreagowanie. :)
Jeśli natomiast kogoś to razi, to mam nadzieję, że poprzez treść przekazu, jaką staram się fundować Czytelnikom, przymknie czasem oko na formę. :)

Baba ze wsi pisze...

Na moich obrywało się w drugą stronę ;)

Ale pogódź się z miernotą życia (może właśnie cudzego, a nie własnego?) i nie pouczaj ;)
A poważnie - oczywiście, że to Twoje miejsce i nikt nie ma prawa narzucać jakiegokolwiek stylu wypowiedzi ni poglądów, mało tego, to właśnie one na ten blog przyciągnęły między innymi mnie i to, iż pozwalam sobie na przekorę, jest objawem przekonania o umiejętnosci zachowania przez Ciebie zdrowego dystansu do siebie i innych :p

Co do zaglądania do słownika... Osobiście zakładam, że przeciętna, dbająca o swój rozwój osoba, jak najbardziej uzupełni niedostatki wiedzy w przypadku jednego-trzech pojęć. Przy większej ilości może (w dzisiejszych nader szybkich czasach) uznać inne elementy zycia za zbyt pilne, by odkładać je na później. Zwłaszcza przy obecnej mnogości, różnorodności i łatwej dostępności tekstów traktujących o tym samym, nie tak samo...
I takie ostrożne wzbogacanie języka - owszem może pobudzić, nie zniechęcić :)

To oczywiście całkowicie prywatne zdanie prostej
Baby ze wsi.

Foxyjoł pisze...

Ostatnio mam rozbrat z tekstami o znacznie krótszej i niezobowiązującej treści (chociaż to pojęcie względne, szczególnie dla pracodawcy ;). Ale realizuję się w pisaniu o kryminale, co daje mi sporo satysfakcji, a tego przed podejściem do pracy bym się nie spodziewał. Następnym takim satysfakcjonującym dziełem będzie mam nadzieję rozbudowana relacja z lipcowych wojaży na moim blogu, gdzie ostatnio musiałem zerwać parę pajęczyn i ubić kilka zmutowanych pająków, by się w ogóle zalogować...

Natomiast jeśli chodzi o powody rozpadania się miłości i przyjaźni, według mnie nie ma reguły. Mówienie, że miłość można zniszczyć ot tak, a przyjaźń niekoniecznie, jest chyba zbyt dużym uproszczeniem. Wszystko zależy od osób angażujących się w dany związek - czasami kilka słów może zniszczyć nawet wieloletnią przyjaźń, co miałem okazję doświadczyć nie tylko na własnej skórze, ale i u osób z mojego otoczenia (zresztą coś na ten temat powinieneś wiedzieć). Można by użyć tutaj kontrargumentu, że taka przyjaźń nigdy nie była prawdziwa i namiętna (a co!), ale byłbym zmuszony go odrzucić. Jeśli ktoś chce i dąży do tego, potrafi zburzyć w jednej chwili mur budowany przez wiele, wiele lat...

A, jeszcze jedno odnośnie tematu. Często te najprostsze i najbardziej banalne porady, niekoniecznie profesorów, mogą dać nam najlepsze wskazówki. Także sobie skromnie przytoczę krótki cytat: "Kochaj swoje życie mówię Ci,
Słuchaj tego co mówię to są słowa mądrości". Wystarczy kochać życie, by pokochać ludzi, by pokochać siebie i w konsekwencji by być szczęśliwym. Cholernie prosty schemat i przy okazji cholernie trudny do zrealizowania w praktyce ;)

Joł!

Pani Dyrektor pisze...

"Wyzwolić się z kultu młodości" Dla mnie, obsesyjnie wierzącej, że będzie wieczna, chwila zastanowienia, czy oby mam rację.
Dla tych, którzy przestali już wierzyć zmuszeni przez rzeczowe dowody, chwila zastanowienia, czy nie tęsknią za czymś co już nigdy nie będzie należeć do nich.
Dla wszystkich - a co z "duchem", który wiecznie młody, jest rządny?

Dzięki za przemyślenia na dziś ;]

Martin Zalewski pisze...

Babo ze wsi --> Nie potraktowałem żadnej z Twoich wypowiedzi, jako próby wymuszenia na mnie zrzeczenia się pisania swoim stylem. Uznałem je po prostu za wyrażenie własnego poglądu. Wierzę też, że Ty również w ten sposób potraktowałaś moje odpowiedzi.
W końcu po to właśnie zdecydowałem się pisać - z nadzieją na wymianę myśli. :)

Foxy[tu_wpisz_końcówkę_jaka_Ci_w_tym_momencie_pasuje_bo_sam_się_już_gubię_w_Twoich_ksywkach] --> Chyba nie do końca rozumiesz mój przekaz. Nie piszę o możliwości zniszczenia przyjaźni/miłości. Zwracam jednak uwagę na fakt, że na utratę przyjaźni trzeba sobie naprawdę zapracować (o czym sam wspominasz). Natomiast miłość można stracić od tak, po prostu. Nie tylko nie czyniąc żadnych starań ku rozpadowi, ale nawet dbając z całych sił o związek. A druga strona stwierdza nagle, że już nie czuje miłości, już nie kocha. WTF?

Martin Zalewski pisze...

Może właśnie dlatego stwierdziłem, że to mnie jeszcze nie dotyczy? By odsunąć problem, udając, że on nie istnieje? W końcu negacja to jeden z powszechniejszych mechanizmów obronnych.

Osobiście bardziej boję się starości, niż pragnę wiecznej młodości.

Foxykoleś pisze...

Powód zawsze jakiś musi być, nawet błahy. Tak jak pisałem, wszystko zależy od jednostki - jedna panna może oczekiwać, że jej facet będzie czuły, opiekuńczy i będzie podawał jej herbatę do łóżka, a druga wolałaby ogiera, który zamiast opiekuńczością, imponowałby jej muskulaturą. Kwestia doboru charakterów, oczekiwań, blabla. Czasami nawet najbardziej śmieszny i malutki powód jednej strony, dla drugiej może być wielki niczym góra lodowa i zburzyć. I to niezależnie czy dwójka ludzi się kocha czy przyjaźni. Tak sądzę.

Martin Zalewski pisze...

Mam wrażenie, że cały czas nie możemy się porozumieć, bo mówimy o różnych rzeczach. Osobiście zmierzam do tego (i mam wrażenie, że wciąż się powtarzam), że w przypadku miłości bywa tak, że rozpada się ona (w domyśle - związek na niej oparty), ponieważ jedna ze stron stwierdza nagle, że już nie kocha tej drugiej strony. W zbyt wielu znanych mi przypadkach tak się właśnie działo, bym mógł uznać, że ten 'problem' nie istnieje. I co ma wtedy zrobić strona porzucona? Jest bezradna wobec takiego "argumentu". Obraz miłości romantycznej, który tłoczy się w nasze głowy od małości, nie pozwala na jakąkolwiek skuteczną reakcję. Nie da się przecież podważyć faktu, że bez tej mitycznej miłości nie da się stworzyć udanego związku. Inna sprawa, że takie tłumaczenie jest albo usprawiedliwieniem się, albo po prostu ucieczką przed podaniem prawdziwego powodu decyzji o zerwaniu. W ekstremalnych przypadkach (a może i za każdym razem?) świadczy to o niedojrzałości.
W każdym razie, niezależnie od tego, jaka jest motywacja użycia argumentu "już cię nie kocham", w przypadku przyjaźni, obie strony są całkowicie pozbawione możliwości użycia tłumaczenia tego rodzaju. Wyobrażasz sobie usłyszeć od przyjaciela coś w stylu: "Już nie czuję przyjaźni między nami"? Z tego też powodu przyjaźń daje ten komfort psychiczny, że nie trzeba się obawiać nagłego ulotnienia się przyjaźni z drugiej strony. Na to trzeba sobie rzeczywiście zasłużyć, a jak to się już stanie, to przynajmniej wiesz dlaczego.

Caddicus Caddi pisze...

Kołakowski, którego poznawać zacząłem ponad 30 lat temu od Głównych nurtów marksizmu wydanych w jakiś tam samizdatach. Dopiero później trafiły mi w ręce inne jego prace.
Przywołany wywiad jest rozmową z mędrcem, który świadom swych ograniczeń staje w pokorze wobec siebie i innych. Dzieli się tym, co czuje i myśli o człowieku i jego relacjach z innym. Wyraża postawę złotego środka.
Telewizja swego czasu prezentowała cykl rozmów, w których profesor mówił choćby o kulcie młodości:

http://www.youtube.com/watch?v=-5PS47hrqF8

Martin Zalewski pisze...

Dziękuję za link do ciekawego materiału. Uświadomił mi on, że powinienem zrewidować swój pogląd na temat tego, czy aby na pewno temat kultu młodości mnie nie dotyczy.

Osobiście pragnę zwrócić uwagę na słowa z filmu, które wypowiedział Zbigniew Mentzel: "Oczywiście jeśli nie wiem, jakie jest znaczenie słowa, to do słownika lubię zajrzeć".
To tak odnośnie pewnego wątku poruszonego w komentarzach. :)

Jeśli zaś chodzi o wywiad, który jest źródłem omawianych 'przykazań', to bardzo ubolewam nad tym, że nie mogę umieścić do niego odnośnika, gdyż prowadzi on do płatnej części archiwum POLITYKI. W każdym razie zgadzam się z tym, że Profesor prezentuje bardzo skromną postawę, odżegnując się nawet od nazywania siebie mędrcem. Jest świadomy swej niewiedzy, choć tak wiele przecież wie.

Co ciekawe, poglądy profesora w wywiadzie zdają się być przesiąknięte buddyzmem, co również redaktor Żakowski zauważa. Nie, żebym miał coś przeciwko buddyzmowi (ja nie Cejrowski). Zastanawiam się jednak czy profesor znalazł w nim potwierdzenie swych przemyśleń i filozofii życiowej, czy też to buddyzm wpłynął na prezentowane przez profesora poglądy?

Anonimowy pisze...

bredzisz

Martin Zalewski pisze...

Rzeczywiście, twoje argumenty sprawiają, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podkulić ogonek i przyznać ci rację. Dziękuję za otwarcie mi oczu!

Caddicus Caddi pisze...

Nie sądzę, by Kołakowski znalazł w buddyzmie metę swych dociekań. Owszem poznawał, ale szukał raczej inspiracji i pogłębienia tego, co znajdował w chrześcijaństwie, które było przedmiotem wielu jego rozważań. Z tego, co pamiętam to pogrzeb zażyczył sobie. W obrządku katolickim, ale to uwaga na marginesie.

Caddicus Caddi pisze...

Jeszcze dodam link to krótkiej scenki z Mistrza i Małgorzaty, która w jakiś sposób kojarzy mi się nie wiedzieć czemu z Kołakowski:
http://goo.gl/dGK36

Ps. Jeśli zasmiecam to usuń.

Martin Zalewski pisze...

I tak to też traktuję. Najważniejsze jest wszak to, co profesor ma do przekazania i jaką konkretną wartość ma to dla mnie osobiście, a nie czym się inspirował. Choć z drugiej strony - taka informacja może być pomocna, gdy przekaz uzna się za interesujący i chciałoby się rozwinąć temat. Wtedy wiadomo gdzie się udać po więcej. :)

Martin Zalewski pisze...

Mistrza znam zarówno z papieru, jak i z ekranu (w baaardzo długiej wersji rosyjskiej). Początkowa scena tych jegomości jest wg mnie najlepszą częścią dzieła. Uwielbiam tego typu rozważania. Pewnie dlatego tak bardzo podobał mi się film "Człowiek z Ziemi" (który polecam).

Anita Karpińska pisze...

Chyle czoła i będę obserwować ;) Moja twórczość "początkującej dziennikarki" wymaga pracy, w czym upewniają mnie teksty takie jak ten.
Podoba mi się ta analiza i to, że nie narzuca mi Pan swojego zdania ;) Ponieważ i tak zawsze swoje wiem :)

Martin Zalewski pisze...

Takie komentarze to zawsze miód na moją blogerską duszę.
I solidny kop energetyczny, motywujący do dalszych starań.
Dzięki. :)

PS Bez 'panowania' mi tu proszę!

Iva Pas pisze...

Miłość można utracić "tak po prostu". Miłość zazwyczaj przychodzi z znienacka i może takoż odejść. Powód? Każdy może być skuteczny, nawet taki, że sami nim będziemy zupełnie o tym nie wiedząc, bo powód zawsze można znaleźć, gdy się go szuka, gdy się go chce znaleźć.
"Nie szukać szczęścia." Nie umiałabym nie szukać, nie umiałabym na nie wyłącznie czekać.
Bardzo ciekawy post.

Violetta Rymszewicz pisze...

Wspaniałe. Takie "proste", takie "oczywiste" i TAKIE MĄDRE. Pozdrawiam gorąco :-)

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI