18:21

To nie ja!


Tytułowe stwierdzenie to chyba najczęstsza odpowiedź dzieci, które zostają posądzone o coś, co nie powinno mieć miejsca. Słowa te padają niezależnie od tego czy oskarżenie jest słuszne, czy też całkowicie niezasadne.


Ileż to razy trzeba było uciekać się do tego 'niewinnego kłamstewka', by podjąć próbę uniknięcia konsekwencji swych nierozważnych czynów. Ileż razy zarzekałem się, że to nie ja, nie chcąc, by przypisano mi czyny innych, czy też nawet moje własne.

To nie ja było kiedyś zaklęciem mającym uczynić życie bardziej znośnym. Miało pozwolić uniknąć odpowiedzialności. I czasem nawet się udawało. Jakaż to była ulga gdy omijała mnie kara za niestosowne zachowanie. I jakie poczucie niesprawiedliwości gdy nie wierzono mi w autentyczną niewinność.

Ironią losu jest fakt, że to samo zaklęcie, które kiedyś miało wybawiać z opresji, które czasem wręcz wykrzykiwało się głośno i wyraźnie, by nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że to nie ja, obecnie zupełnie zmieniło znaczenie. I wypowiada się je szeptem. Tak, by nikt nie usłyszał.

Choć forma jest taka sama, ładunek emocjonalny jaki ze sobą niesie jest zgoła odmienny. Kiedyś często przynosiło ulgę, dziś wprawia w stan tęsknoty i żalu. Tęsknoty za czasami w których nawet najbardziej nierozważne działania uchodziły płazem. I żalu, że w warunkach tak sprzyjających szaleństwu, tak przepełnionych wolnością, nie myślało się o tym, by jak najwięcej z tej wolności skorzystać. Zamiast tego człowiek starał się jak najbardziej zminimalizować okoliczności w których będzie zmuszony użyć tych trzech słów: to nie ja.

Kiedyś sądziłem, a środowisko dorosłych utwierdzało mnie w tym przekonaniu, że jestem niewystarczająco grzeczny. No więc się starałem, czego efektem były oceny wzorowe z zachowania na świadectwach. Kiedyś byłem z tego dumny. Dziś żałuję.

Żałuję, bo ilekroć wracam pamięcią do czasów dzieciństwa, uświadamiam sobie, że to właśnie te momenty, które teoretycznie nie powinny mieć miejsca, wywołują największego banana na twarzy.

Gdybym nie sprzeciwiał się od czasu do czasu zaleceniom rodziców, by bawić się tylko przed domem, to bym nie mógł wspominać wspólnych wypraw rowerowych z kolegą. Wypraw z których bywało, że wracało się z uszkodzonym jednośladem, czasem jego, czasem moim. Wtedy to była tragedia, teraz - cudowne wspomnienie wprawiające w dobry humor. Blizna na mym łokciu do dziś przypomina mi o jednym z takich wyjazdów.

Ten sam zakaz oddalania się od domu złamałem, gdy nad naszym podwórkiem przeleciał balon. Fascynujący, ogromny i nisko lecący balon. Tak nisko, że byliśmy przekonani, że zaraz gdzieś w pobliżu wyląduje. Zaczęliśmy więc za nim biec, mając nadzieję, że dane nam będzie go dotknąć. Tak, jakby w koszu pod nim znajdowało się coś magicznego, a jego dotknięcie przeniesie na nas kawałek tej magii. Bo przecież balon jest magiczny.

Balon jednak, wbrew naszym przypuszczeniom i nadziejom ani myślał lądować. Tak więc gromadka dzieciaków biorących udział w pościgu stopniowo się kurczyła. Jeszcze długo po odejściu ostatniego z towarzyszy biegałem samotnie między blokami, domami, przez pola i chaszcze. Odpuściłem dopiero, gdy zorientowałem się, że jestem sporo za tablicą wyznaczającą granicę miasta.

Nie mam pojęcia gdzie ostatecznie wylądował balon. Ale po moim powrocie na podwórko wszyscy dowiedzieli się, że mi się udało. Że nie tylko go dotknąłem, ale i siedziałem w koszu. Podziw i zazdrość w ich oczach są niezapomniane do dziś.

Mogła to być pierwsza chwila w ich życiu, kiedy to zaklęcie to nie ja straciło swą czarodziejską moc. Nagle te same słowa, które wcześniej dawały ukojenie, bo pozwalały uniknąć kary, mogły przynieść smutek i żal. Bo coś mnie ominęło, bo to nie ja to zrobiłem, to nie ja to przeżyłem.

Im jestem starszy, tym częściej uświadamiam sobie, że za czasów dzieciństwa i młodości zbyt często ulegałem temu, że czegoś nie wolno, że nie wypada albo co ludzie powiedzą. W efekcie zamiast cieszyć się swoimi przeżyciami i wspomnieniami, słucham o dokonaniach innych, żałując, że to nie ja...

I wiecie co?
Pieprzyć 'nie wolno'!
Pieprzyć 'nie wypada'!
Pieprzyć 'co ludzie powiedzą'!
Byśmy później nie musieli żyć wspomnieniami innych...

7 komentarzy:

Baba ze wsi pisze...

Bardzo ładna konkluzja.
Znaleźć w sobie taką odwagę nie jest łatwo, kwestią sporną może być też brak posłuszeństwa rodzicom, nakazom, zasadom - raczej nie powinno się przeginać w żadną stronę. Ale pieprzyć co OBCY ludzie powiedzą, nie raniąc jednak najbliższych :)

I jeszcze jedno - przypuszczam, że część tych wydarzeń nie zapisałaby się tak mocno w pamięci, gdyby właśnie nie zakazy. A jakby nikt niczego nie zakazywał, gdyby nic nie było tabu, gdyby nikt nie patrzył na nic potępiająco... Czy byłoby lepiej?
(Pyt. retoryczne :) )

Krzysiek Kupiński pisze...

Lubie pikanterię i smaczek... pieprzu:-)

Iva Pas pisze...

"co ludzie powiedzą" niestety nadal dla wielu pierwszoplanowa zasada, mimo, że czasy bardzo się zmieniły i wielu ludzi potrafi żyć inaczej niż inni, mówić co innego, niż ktoś chce słyszeć etc. czyli żyć w zgodzie ze sobą.

Martin Zalewski pisze...

Zakazy muszą być. Są wyrazem pewnej interpretacji rzeczywistości, którą porządkuję i systematyzują. Nie ma najmniejszego sensu buntować się przeciwko nim tak po prostu, dla zasady. Ale niekoniecznie musimy im pozwalać na to, by nas ograniczały.

Hoko pisze...

Ciekawe, co ten kot zrobił...

Martin Zalewski pisze...

Wypił mi całe mleko. Ale twierdzi, że to nie on.

eV pisze...

Właśnie na tym polega dorosłość. Na tym powinna polegać dorosłość.
O ile dzieciństwo było robieniem tego, co jest słuszne z punktu widzenia rodziców, nauczycieli itd. (bo inaczej nie dałoby się samemu szybko ogarnąć, co jest dobre, a co złe), to po zakończeniu tego etapu w życiu, każdą z tych rzeczy należy rozważyć. Czy zabójstwo jest złe? Tak, jest złe. Czy oddalanie się od domu jest złe? Nie, nie jest złe. I tak dalej, i tak dalej.

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI