16:03

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet


Stieg Larsson musiał się nieźle wkurzyć na śmierć, która przyszła po niego kilka miesięcy przed premierą dzieła jego życia. Ja też się wkurzyłem. Oznacza to bowiem, że stworzona przez Larssona saga „Millennium” już na zawsze pozostanie niedokończona. To wielka strata dla miłośników dobrej literatury.


Zawsze mam słabość do dzieł kultury, których bohaterami są przedstawiciele tej niezwykłej profesji, jaką jest dziennikarstwo. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”  (pierwsza cząść serii) nie potrzebuje jednak kredytu zaufania, ani ulgowego traktowania. Historia Mikaela Blomkvista sama broni się znakomicie.

Blomkvist to współzałożyciel i dziennikarz „Millennium”, a poznajemy go w najgorzym momencie jego kariery – sąd właśnie ogłosił wyrok skazujący za zniesławienie. W jego branży taki wyrok oznacza mniej więcej: „poszukaj sobie nowego zajęcia”. Tym bardziej, że Mikael trudnił się dziennikarstwem śledczym.

Pół biedy, gdyby konsekwencje jego czynów ponosił tylko on sam. Niestety, Hank-Erik Wennestróm, którego godność naruszył Blomkvist, to finansista, który swoimi wpływami może doprowadzić do upadku całe „Millennium”. Tak więc Mikael postanawia usunąć się w cień i rezygnuje z pracy w redakcji, by zminimalizować straty.

W takich właśnie niewesołych okolicznościach do Blomkvista zwraca się Henrik Vanger. Kolejny potentat finansowy, który oferuje przegranemu dziennikarzowi możliwość zarobienia ogromu pieniędzy. Jego zadanie ma polegać na napisaniu historii rodu Vangerów. Przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie zaś Mikael podejmie się próby rozwiązania zagadki, której Henrik poświęcił bezskutecznie prawie połowę swojego życia.

Zadanie jakie otrzymał Blomkvist zdaje się być nierozstrzygalne. Dotyczy ono bowiem wydarzeń, które rozegrały się kilkadziesiąt lat wcześniej. Podczas rodzinnego zjazdu w posiadłości na wyspie zaginęła młoda dziewczyna. Zleceniodawca twierdzi, że Hariet Vanger została zamordowana przez kogoś z rodziny. Dysponuje też (jak twierdzi) niezbitym dowodem na to, że morderca wciąż żyje, a na domiar złego lubuje się w przypominaniu mu, co stało się tego pamiętnego dnia.

Mikael Blomkvist ma więć podjąć próbę dowiedzenia się, kto dopuścił się morderstwa na Hariet Vanger w 1966 roku. Henrik nie wymaga rozwiązania zagadki. Chce tylko mieć pewność, że w tej sprawie zostało zrobione wszystko, co można było zrobić.

Blomkvist początkowo sceptycznie podchodził do całego przedsięwzięcia. Ani brak wymogu powodzenia misji, ani wysokie wynagrodzenie go nie przekonywały. Sprawa Hariet Vanger po prostu go nie obchodziła. Podjął się jednak tego zadania, gdy Henrik obiecał mu informacje na temat Wennestróma, które pozwolą mu na pozbycie się etykietki dziennikarza, który dopuścił się zniesławienia.

Z czasem sprawy obierają taki obrót, że nawet dla Mikaela to Hariet Vanger, a nie Hank-Erik Wennestróm staje się priorytetem...

Ciekawą historię muszą jednak tworzyć równie ciekawi bohaterowie. Stieg Larsson stworzył postacie, których nie da się nazwać sztampowymi i nieciekawymi. Już sam Mikael Blomkvist to niezwykła persona. Ale Lisbeth Salander, której specjalnością jest research osobistych tajemnic, to dzieło samo w sobie. Z tak oryginalną, a jednocześnie tak spójną i kompletną osobowością już dawno nie miałem do czynienia w literaturze (jeśli w ogóle). I autor o tym wiedział, bo kolejne części „Millennium” koncentrują się właśnie wokół Lisbeth.

Taka dbałość o bohaterów ma swoją konsekwencję w konstrukcji powieści. Dobrze ponad 1/3 „Mężczyzn...” to zapoznawanie czytelnika z postaciami, przez co stosunkowo późno dowiadujemy się o co w ogóle w tej całej historii chodzi. Niektórzy traktowali to jako dłużyzny. Jednak dzięki tym „dłużyznom” wiemy bardzo dobrze (a przynajmniej tak się nam wydaje) z kim mamy do czynienia. Pamiętajmy też, że omawiana tu książka to pierwsza część całej serii, tak więc jest ona najwłaściwszym miejscem na charakterystykę postaci.

Niestety, jest pewna rzecz do której muszę się przyczepić. Larsson zdecydowanie zbyt często i zbyt szczegółowo opisuje produkty z którymi mają do czynienia jego bohaterowie. W zamyśle miało to zapewne uwiarygodnić całą historię poprzez osadzenie jej w rzeczywistości, której sami jesteśmy częścią. Jednak częstotliwość i szczegółowość takich zabiegów sprawiła, że zacząłem się zastanawiać, czy aby nie powinno się umieścić na okładce informacji "książka zawiera lokowanie produktu".

„Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” czyta się bardzo dobrze. Fabuła jest wielowątkowa, a Stieg Larsson tak prowadzi po niej czytelnika, że ten nieustannie zastanawia się czym jeszcze zostanie zaskoczony i jak autor wybrnie z tego, z czego teoretycznie wybrnąć nie sposób. Jemu jednak się to udawało.

Widać, że autor wiedział jak pisać, by czytelnik czytał jego twórczość z zainteresowaniem.
W końcu sam był dziennikarzem.

10 komentarzy:

Baba ze wsi pisze...

No dobrze, czy jest więc sens zabierać się za książkę, która jest tylko wprowadzeniem, a nie będzie miała rozwiązania? Przedzierać się przez dłużyzny uzasadnione dalszym ciągiem w przypadku braku tego dalszego ciągu?

Martin Zalewski pisze...

Książka sama w sobie jest ciekawa i wciągająca. Dłużyzny? Jakie tam dłużyzny!? Charakterystyka postaci jest uzupełniana w miarę rozwoju akcji, a bohaterowie (i ich losy) są tak ciekawi, że z przyjemnością się o tym czyta. Można to nazwać dłużyznami tylko wtedy, gdy kogoś interesuje akcja, a bohaterowie mają mniejsze znaczenie i nie obchodzi go, co też może siedzieć w ich głowach.

Tę sagę można porównać do serialu, który tworzy co prawda jedną wielką całość, ale poszczególne części mają odrębny i jak najbardziej zakończony wątek główny.

Inna sprawa, że zaczynam odnosić wrażenie, iż autor z każdą kolejną częścią zaczyna przedobrzać. Ale mimo wszystko nie żałuję czasu przeznaczonego na lekturę. Ba, nawet uważam, że został on dobrze wykorzystany i mam zamiar doczytać Millennium do końca. Przynajmniej do tego istniejącego końca. :)

Asia pisze...

Wszystkie istotne wątki zostały w zasadzie domknięte, więc na pewno warto doczytać do końca :) Podobno Larsson miał materiału na 10 tomów, więc naprawdę szkoda, że stało się, jak się stało...btw, świetna recenzja, gratuluję.

Martin Zalewski pisze...

Dziękuję. Staram się. :)

Iva Pas pisze...

Dobrze polecasz:)
Intryguje mnie tytuł, bo przyznam, że nie znam mężczyzn, którzy nie lubią, ba, nienawidzą kobiet (bez względu na swoje preferencje):)

Martin Zalewski pisze...

Ciekawe spostrzeżenie. Gdy się nad nim zastanowiłem, to uświadomiłem sobie, że znam ludzi mających awersję do dzieci, starców czy też kalek. Ale nigdy niechęć nie jest skierowana na całą płeć. I to również, jak sama wspominasz, bez względu na preferencje.

Iva Pas pisze...

dokładnie tak jest:)

Martin Zalewski pisze...

Właśnie skończyłem czytać trzecią część sagi. Jeśli ktoś byłby zainteresowany recenzjami kolejnych tomów, to służę. Tu i teraz chciałbym jednak tylko zapewnić niezdecydowanych, że (ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu) w części trzeciej wszystkie, powtórzę - WSZYSTKIE wątki zostały zakończone. Nie ma więc obawy, że jak zacznie się czytać, to będzie trzeba skończyć w połowie jakiejś sprawy. Można śmiało delektować się pełnowartościową lekturą. Polecam. :)

TheAër pisze...

Cóż, ja jednak miałem jakieś odczucie niedosytu po ostatniej części... może dlatego, że przeczytałem całość w 5 dni ;)
Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że na którejś szwedzkiej stronie była informacja o planach wydania czwartej części :]

Martin Zalewski pisze...

Ale to właśnie cechuje dobre rzeczy, że ciągle nam ich mało. :)

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI