21:52

"50 twarzy Greya" okiem faceta


To miała być bardzo szczegółowa recenzja 50 twarzy Greya. Przez większość czasu jaki spędziłem z tą książką, zaznaczałem w niej co ciekawsze fragmenty, które z jakichś powodów chciałem przytoczyć w tym tekście i je szerzej omówić. Miało więc być bardzo dokładnie i dogłębnie. Miało. Ale nie będzie. Bo wiecie co? Ta książka po prostu na to nie zasługuje.

Co nieco napisać by jednak wypadało. Zacznę więc, co pewnie zaskakujące, od początku. A trzeba oddać pani E. L. James, że potrafi zaskakiwać czytelników jej dzieła od pierwszego zdania. Przynajmniej mnie ono zaskoczyło. Nie pamiętam już bowiem, kiedy ostatnim razem miałem okazję czytać książkę, której narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Przyznam szczerze, że mi z książkami czytanymi w czasie nauki w szkole podstawowej się to kojarzy.

Ale przecież nie forma, a treść jest najważniejsza. Tak przynajmniej twierdzą niektórzy, z czym ja osobiście się nie zgadzam. Zanim jednak przejdziemy do treści, pozostańmy jeszcze przez moment przy formie.

Nie wiem czy wynika to z faktu, że czytałem wersję elektroniczną, która została po prostu źle skonwertowana do cyfrowego formatu, czy też może papierowe wydanie też jest takie… dziwne. W każdym razie wielokrotnie podczas lektury dochodziło do sytuacji, w której czułem się zdezorientowany. Tekst jest bowiem tak sformatowany, że często nie wiadomo od razu czy dana kwestia jest wypowiedzią któregoś z bohaterów, czy może tylko myślami narratorki.

Często też zdarza się, że bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmienia się czas i miejsce akcji. Ewidentnie zabrakło tu czegoś, co informowałoby czytelnika, że akcja przenosi się gdzieś indziej. A wystarczyłoby umieścić pomiędzy akapitami na przykład znane zapewne wszystkim gwiazdki (* * *), czy coś w tym stylu. Już nawet po prostu więcej wolnej przestrzeni pomiędzy tekstem byłoby znośnym rozwiązaniem. 

Kolejna sprawa, leżąca gdzieś pomiędzy formą a treścią - warsztat. Widać niestety, i autorka co chwilę daje na to dowody, że warsztat pisarski ma słaby. I już nawet nie chodzi o to, że język jej powieści jest mało skomplikowany, by nie powiedzieć prosty, czy nawet prostacki. Problemem jest zbyt często używane te same stwierdzenia, czasem nawet w postaci całych zdań. Z czasem potrafi to wkurzać coraz bardziej.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że treść w żaden sposób nie nadrabia braków w formie.

Wielokrotnie spotkałem się ze stwierdzeniem, że to współczesna i niegrzeczna wersja Kopciuszka. Dla mnie to raczej Piękna i Bestia. Przy czym, co bardzo dziwne, autorka bardzo stara się, by czytelnik nie polubił głównej bohaterki. Anastasia jest postacią tak nieporadną (co chwilę się potyka i przewraca) i tak nieżyciową, że jej postać zdaje się bardziej nierealna, niż "chory i zboczony" Christian Grey.

Wyobraźcie sobie, drodzy moi, że Anastasia właśnie kończy studia. To oczywiście nic niezwykłego, ale jeśli dodamy do tego, że amerykańska studentka, mając 21 lat jest kompletnie, całkowicie i w 100% aseksualną dziewicą, to robi się już trochę dziwnie… Nie ma nawet najmniejszego doświadczenia seksualnego ani z mężczyzną, ani nawet z samą sobą.

I nie chodzi mi o to, że Ana powinna być wyzwolona jak dziewczyny z serialu… Dziewczyny (Girls). Bo nawet tam mamy do czynienia z dziewicą. Ale nie jest to aseksualny dziwoląg, który nie wie co to seks i  przyjemność cielesna…

W ten oto sposób sprawnie przeszliśmy do głównego tematu książki. W końcu to erotyk, ważne są więc tzw. momenty. A te pojawiają się dopiero w okolicach 25% książki, co przy powieści, która w wersji drukowanej zajmuje 600 stron sprawia, że trochę się trzeba naczytać, zanim się do nich dojdzie. Przy czym na początku bohaterowie uprawiają waniliowy seks. Ten z elementami (ponoć) BDSM pojawia się jeszcze później. Jeśli mnie pamięć nie myli - gdzieś w okolicach 50% książki.

A jakie są te sceny namiętności? Cóż, na pewno ciąży na nich skaza obecna w całej powieści, czyli słaby warsztat autorki. Dość powiedzieć, że kilka pierwszych orgazmów opisywanych jest dokładnie takimi samymi słowami.

Czy jednak mimo wszystko te opisy zbliżeń działają na wyobraźnię? Człowiek jest człowiekiem, i nie ma co udawać, że nie. W pewnym sensie działają. Jednak nie na tyle, by lektura książki w jakikolwiek sposób wprawiała mnie w zakłopotanie podczas czytania w komunikacji miejskiej. No i jest jedno, ale bardzo duże 'ale'.

Im dalej w las, tym więcej drzew. W przypadku tej książki - im dalej posuwała się akcja, tym więcej w niej seksu. Niby to normalne, a mój zarzut brzmi jak narzekanie na to, że w zupie ogórkowej są ogórki. Ale kłopot polega na tym, że autorka bardzo wyraźnie coraz mniej uwagi poświęcała temu elementowi. Nie dość więc, że już na początku sceny seksu wielkiego wrażenia nie robią, to jeszcze z czasem jest ich coraz więcej, i to coraz gorszej jakości.

I tu dochodzimy do największej bolączki tej książki - nie znalazłem w niej nic, co by mnie do niej  przykuwało. Bo ani sceny seksu nie mobilizują w żaden sposób do dalszej lektury (wręcz zniechęcają), ani nawet to co dzieje się pomiędzy głównymi bohaterami, w przerwach między ich miłosnymi uniesieniami, nie zachęca do zapoznania się z ich dalszymi losami.

Nie da się więc nawet czytać 50 twarzy Greya, jak niegdyś Nad Niemnem, w którym co bardziej świadomi czytelnicy po prostu omijali opisy przyrody. Tutaj bowiem nie sposób jednoznacznie określić co należałoby omijać. Najlepiej całość...

Czy więc Grey to samo zło i nie ma w nim nic dobrego? Niekoniecznie. Są w książce elementy, które pani James się udały, jak choćby wewnętrzny dialog głównej bohaterki, pomiędzy Podświadomością, będącą głosem rozsądku, a Wewnętrzną Boginią, wyrażającą pragnienia ukrytego w każdym z nas Narcyza. Z tym, że ma się mimo wszystko cały czas wrażenie, że i ten element nie został do końca wykorzystany. A już na pewno nie jest to powód, który ratuje obraz całości.

Reasumując. Jestem pewien, że gdybym nie zobowiązał się publicznie na facebooku do przeczytania tej książki, a zobowiązanie to nie wywołałoby takiego zainteresowania, to 50 twarzy Greya trafiłoby na moją osobistą półkę opisaną etykietą 'niedoczytane'. A jest to naprawdę nie lada wyczyn, bowiem na półce tej znajdują się dotychczas tylko dwie inne pozycje...

4 komentarze:

Klaudyna Maciąg pisze...

To prawda, słaby warsztat autorki przyćmiewa wszystko. Rzucanie w kontekście tych tzw. 'momentów' takich zwrotów jak 'o święty Barnabo' po prostu śmieszy i wzbudza trwogę. Nie mówiąc o ciągłym rozpadaniu się na kawałki i fikołkach wewnętrznej bogini ;)

Ale ogólnie rzecz ujmując ja akurat z chęcią doczytałam do końca - i to całą trylogię.

Caddi Yasmin pisze...

Rok temu próbowałem, przeczytać to dziełko literatury kobiecej, ale przebrnąłem tylko przez 50 stron. Lektura tego była, jak opisy przyrody w przywołanej powieści "Nad Niemnem". Straszna lipa, która ma być otwarciem na seksualne potrzeby kobiet.

Martin Zalewski pisze...

Ja mam na czytanie tak mało czasu, że nie zamierzam poświęcać go na coś, co mnie osobiście bardziej irytuje, niż sprawia radość. ;) Jeśli więc w ogóle przyjdzie mi kiedyś do głowy zapoznać się z dalszymi losami Any, to ograniczę się raczej do wersji filmowej.

Martin Zalewski pisze...

To Ty nawet do momentów nie dotrwałeś! ;)
Ale bardzo dobrze Cię rozumiem. Już sam początek jest trudny do przebrnięcia dla kogoś, kto ceni sobie dobre pióro. :D

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI