Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ToCoDobre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ToCoDobre. Pokaż wszystkie posty

14:29

Shadow of the Colossus [PS2/PS3/PS4]

Shadow of the Colossus [PS2/PS3/PS4]

Czy gra, która ukazała się pierwotnie w 2005 roku na PlayStation 2, a potem została ponownie wydana w 2011 na PlayStation 3, ma jeszcze rację bytu w roku 2018, na kiedy planowana jest premiera wersji PlayStation 4? Tak! I to zdecydowanie TAK! Bo mówimy tu o Shadow fo the Colossus – jednym z najwspanialszych doświadczeń growych, jakie kiedykolwiek zaoferowała branża elektronicznej rozrywki.

Pomijając różne wersje serii FIFA i Pro Evolution Soccer, Shadow of the Colossus była pierwszą grą w jaką grałem na konsoli. Grałem w nią z przyjaciółmi w 2009 roku na PS2, bo choć od 3 lat na rynku obecna była już konsola kolejnej generacji, gra nie doczekała się jeszcze swojej reedycji (2011).

Teoretycznie więc graliśmy w starą grę na starym sprzęcie. Teoretycznie. Bo w praktyce w niczym nie psuło to odbioru gry. Bo choć grafika nawet wtedy ciągle robiła bardzo dobre wrażenie, to najważniejszymi elementami tej pozycji i tak był klimat. I niesamowita, niepowtarzalna do dzisiaj rozgrywka.

SHADOW OF THE COLOSSUS, CZYLI CO?

Bohaterem gry jest Wander. Młody mężczyzna, którego poznajemy w momencie, gdy pędzi na swoim koniu (Agro) do świątyni znajdującej się w Zakazanej Krainie. Jak się szybko dowiadujemy, celem tej wizyty jest wskrzeszenie dziewczyny (Mono), której ciało przywiózł ze sobą.

Nie wiemy kim jest postać którą kierujemy, nie wiemy kim jest martwa dziewczyna, ani jakie relacje wiążą te dwie osoby. Widać, że łączy ich głębokie uczucie, o czym świadczy chociażby determinacja bohatera w dążeniu do przywrócenia życia dziewczynie.

Sposób na ożywienie dziewczęcia jest w zasadzie nieskomplikowany. Wystarczy pokonać 16 Kolosów zamieszkujących Zakazaną Krainę, o czym informuje nas Dormin, postać przemawiająca jednocześnie głosem męskim i kobiecym.

Kim jest Dormin? Kim są Kolosy? Co tam robią? Dlaczego trzeba odebrać 16 żyć, by mieć szansę na wskrzeszenie jednego? Jaką cenę będzie trzeba samemu za to zapłacić? Na wszystkie te pytania odpowiedź jest jedna: nie wiadomo.

Nie wiemy właściwie nic. Znamy jedynie swój cel. I drogę, jaką należy pokonać, by go osiągnąć. Tak więc uzbrojeni jedynie w łuk i miecz, który wskazuje też drogę do kolejnego Kolosa, dosiadamy konia i ruszamy do walki.

Pierwszy kontakt z pierwszym kolosem sprawia, że człowiek już w pełni uświadamia sobie, że ma do czynienia z produkcją jedyną w swoim rodzaju. Proporcje pomiędzy Wanderem, a jego przeciwnikiem sprawiają, że kończą się wszelkie rozważania na temat tego, dlaczego postaci te zwane są Kolosami. Po prostu w pełni na to miano zasługują.

WALKA – KWINTESENCJA SHADOW OF THE COLOSSUS

Walka z Kolosami, choć każda inna, polega na tym samym. Należy odnaleźć piętę Achillesowąkażdego z olbrzymów. Każdy z nich ma na ciele od 1 do 3 czułych punktów, których ugodzenie mieczem daje nam szansę na pokonanie Kolosa. Tych czułych miejsc są dwa rodzaje. Jedne wywołują jakąś określoną reakcję, inne trwale odbierają mu energię życiową.

Aby mieć w ogóle możliwość zadania obrażeń, trzeba te wrażliwe miejsca odnaleźć. A nie zawsze są one widoczne od razu. Czasem trzeba się do nich zbliżyć na odległość miecza, i dopiero wtedy ujawniają swoje położenie. Oznacza to jedno – na Kolosów trzeba się wspinać!

Tak, przeciwnicy są tak wielcy, że można, a nawet trzeba się po nich wspinać i wędrować po ich cielskach. Stworzenia te oczywiście nie pozostają obojętne na nasze poczynania, starając się aktywnie nas z siebie zrzucić. 

Celem walki jest oczywiście pokonanie przeciwnika. Ale już sama walka polega nie tyle na machaniu bezmyślnie mieczem, co wiele pożytku by nie przyniosło, a na kombinowaniu jak dostać się do czułych miejsc, by tam zadać precyzyjne ciosy.

Czasem do pokonania przeciwnika niezbędna jest pomoc naszego kompana, konia Agro, który pomoże dostać się w jakieś miejsce, odciągnie uwagę Kolosa lub po prostu pozwoli przed nim uciec.

ŚWIAT SCHADOW OF THE COLOSSUS ZASYSA

Koń jest tu, jak widać, nie tylko środkiem lokomocji, pomagającym szybciej i sprawniej przemieszczać się po mapie. On jest naszym prawdziwym towarzyszem z którym podczas gry wytwarza się więź. To nie Płotka Wiedźmina 3, gdzie można bez żalu zamieniać sobie do woli jednego wierzchowca na drugiego, a ten i tak będzie się nazywał Płotka. W SotC koń jest przyjacielem, co ma bardzo duży wpływ na odbiór gry i przeżycia, jakie ona generuje.

Siłą Cienia Kolosów są właśnie przeżycia i uczucia, które stają się doświadczeniem gracza. Historia jest przejmująca, choć sposób prowadzenia narracji jest ekstremalnie wręcz oszczędny.

Przez zdecydowaną większość gry jedynym głosem, jaki słyszymy, jest głos Dormina, który przedstawia nam kolejne cele do pokonania. Oraz głos samego Wandera, który woła Agro. I w żaden sposób nie przeszkadza to w tym, żeby gracz doświadczył praktycznie pełnej palety uczuć.

Takie na przykład zabijanie Kolosów. Na początku daje wielką satysfakcję. Ale z czasem człowiek uświadamia sobie, że te olbrzymy przecież w niczym nikomu nie przeszkadzają. Są istotami, które najczęściej niesprowokowane, nie interesują się nawet Wanderem. A gdy ten zakłóca ich spokój, starają się raczej go pozbyć, a nie zabić.

W pewnym momencie człowiek uświadamia też sobie, że nawet w scenach przedstawiających śmierć pokonanych Kolosów jest coś nie tak. Nie słychać fanfar na cześć gracza, a jedynie smutną, przejmującą muzykę. Nie ma też żadnych gestów zwycięstwa. Widać za to scenę, która mówi, że właśnie stało się coś strasznego. I nieodwracalnego.

SHADOW OF THE COLOSSUS TO NIE TYLKO GRA

To przeżycie. Doświadczenie. I to takie, którego pomimo upływających lat od premiery (już ponad 12), nikomu nie udało się powtórzyć. Stała się co prawda inspiracją i punktem wyjścia dla innych gier, ale żadnej nie udało się powtórzyć tego, co z graczem robi SotC.

Gdy zobaczyłem zapowiedź wydania Shadow of the Colossus na PS4, od razu wiedziałem, że ją chcę. Uczucie było tak silne, że nie potrafiłem czekać ponad pół roku na odświeżoną wersję. Włączyłem więc PS3 i odpaliłem edycję z 2011 roku.

I wiecie co? Ta gra w ogóle się nie zestarzała! Okazało się, że można w 2017 roku grać na sprzęcie z 2006 w grę z roku 2005, i rewelacyjnie się przy tym bawić. Choć określenie „bawić się” chyba nie do końca tu pasuje.

Oczywiście, że graficznie nawet nie ma sensu tego porównywać z najnowszymi produkcjami. Sterowanie też okazało się już dość archaiczne. Ale to co w tej grze najważniejsze: rozgrywka, klimat, emocje i przeżycia, ciągle nie mają sobie równych.

Dlatego dobrze się dzieje, że gra doczeka się swojej premiery na konsoli najnowszej generacji. Dzięki temu będzie mogło poznać ją nowe grono graczy. Oby jak największe. Bo ta gra zasługuje na to, jak żadna inna.

Powiem nawet więcej – to gracze zasługują na to, by w nią grać! I zdecydowanie powinni to zrobić. Ba, dobrze będzie pokazać ją nieprzekonanym do gier, by zaprezentować im, czym może być elektroniczna rozrywka. Doświadczeniem nieosiągalnym przez inne medium.

BĘDĘ GRAŁ W GRĘ
SHADOW OF THE COLOSSUS

Grałem w Shadow of the Colossus na PS2.
Grałem w Shadow of the Colossus na PS3.
I będę grał w Shadow of the Colossus na PS4.

Z tym ostatnim muszę jeszcze poczekać. Do lutego 2018.


PS Mała rada na koniec. Jeśli jeszcze nie graliście w SotC, a macie taki zamiar, to nie oglądajcie żadnych filmów ze słowem ‘gameplay’ w tytule, bo pozbawicie się w ten sposób sporo przyjemności z gry.

10:12

Papier czy e-book? 13 różnic między formatami

Papier czy e-book? 13 różnic między formatami

Od mojego pierwszego kontaktu z czytnikiem e-booków, stałem się wielkim entuzjastą e-czytania. Po części wynikało to z okoliczności. Mieszkałem wtedy za granicą, a Kindle był najlepszym z możliwych sposobów na czytanie książek (i prasy) po polsku. Od roku mieszkam znowu w Polsce, gdzie czytam zarówno na papierze, jak i e-papierze. Jak wygląda powrót do książek tradycyjnych po 5 latach czytania tylko na czytniku?

Bardzo przyjemnie! Serio. Bardzo lubię książki papierowe. Lubię je kupować. Lubię je dostawać. Lubię je czytać. Lubię je mieć. Zawsze byłem zadowolony z nowej książki. Co piszę całkowicie świadomy tego, że sam przed chwilą napisałem, że jestem wielkim entuzjastą e-czytania.

Przez większość mojego życia czytałem papier. Tylko papier. Później przez prawie 5 lat czytałem e-booki. Tylko e-booki. Od roku mam okazję i przyjemność czytać w każdej formie, zarówno książki tradycyjne, jak i elektroniczne. Ba, część książek czytałem jednocześnie na papierze i czytniku.

Co się okazało? Co jest lepsze? Co wybrać? Książka czy e-book?
Przed podjęciem ostatecznej decyzji, prześledźmy sobie po kolei wszystkie różnice pomiędzy tymi formami czytania.

E-BOOK NIE PACHNIE

Jest to chyba najczęściej powtarzany fakt przeciwników e-booków. I nie da się zaprzeczyć, że e-book rzeczywiście nie pachnie. Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego fakt ten staje się głównym argumentem przeciwko e-bookom. Jakim cudem niemożność powąchania książki elektronicznej ma od razu dyskwalifikować tę formę czytania?

Jestem w stanie uwierzyć, że zapach kleju, papieru i farby drukarskiej komuś się podoba. Spoko. Ale dlaczego książka, która nie pachnie, ma być od razu gorsza? Przecież książka papierowa też nie zawsze pachnie. I co? Takiej nie warto już czytać, bo nie będzie z tego żadnej przyjemności?

KSIĄŻKI SĄ DUŻE I CIĘŻKIE

Książki papierowe bywają naprawdę ciężkie. Zwłaszcza gdy są duże. Ma to znaczenie przy ewentualnych przeprowadzkach, urlopach, ale też w dzień powszedni, kiedy chcemy zabrać ze sobą lekturę, by poczytać w drodze do pracy. 

Ciężar i gabaryty książek bywają kłopotliwe również w przypadku uzbierania pokaźnej ich kolekcji. W dodatku podczas noszenia niepotrzebnie obciążają kręgosłup.

Czytniki e-booków są za to małe i lekkie. Mój wraz z okładką waży mniej niż 3 tabliczki czekolady. A bez okładki połowę tego. I mieści się w kieszeni spodni. Dodatkowo e-booki można przecież czytać nie tylko na czytniku, ale praktycznie na każdym telefonie. Tak więc całą bibliotekę można mieć zawsze przy sobie. Bez negatywnego wpływu na kręgosłup.

KSIĄŻKA SIĘ NIE ROZŁADUJE

Z faktu, że e-booki można czytać jedynie za pomocą sprzętu elektronicznego, wynika jedna z głównych wad – możemy nagle stracić dostęp do lektury, jeśli bateria się rozładuje. Nie jest to jakoś szczególnie kłopotliwe, bo czytniki mają bardzo dobrą żywotność na jednym ładowaniu, a o tego odpowiednio wcześnie informują o tym, że pora je nakarmić. Tym niemniej, jest to rzecz wymagająca odnotowania.

E-BOOKA MOŻNA CZYTAĆ W CIEMNOŚCI

E-booka można czytać nawet w największej ciemności. Wszystkie nowe modele czytników mają oświetlenie, tak samo, jak wszystkie telefony i tablety mają podświetlenie. Książka papierowa potrzebuje oświetlenia zewnętrznego, które nie zawsze jest dostępne.

E-BOOKA MOŻNA DOSTOSOWAĆ DO WŁASNYCH POTRZEB

Książka raz wydrukowana, zawsze będzie taka sama. W przeciwieństwie do e-booka, którego można dostosować do własnych potrzeb. Wielkość liter, ich krój, wielkość marginesów i odległość między wierszami – to wszystko można w prosty sposób ustawić w taki sposób, żeby lektura była jak najbardziej wygodna i przyjemna. 

Póki co zmniejszam font i ustawiam najmniejsze odległości i marginesy, ale dla wielu, zwłaszcza starszych osób, to możliwość powiększenia liter będzie wielką zaletą e-booków. To cecha, która z pewnością jest dla wielu kluczowa.

E-BOOK JEST ODPORNY NA ŻYWIOŁY

Książka jest bardzo podatna na działanie ognia czy wody, co bardzo źle wpływa na żywotność książki. E-book jest odporny na to wszystko. Bo przecież książka elektroniczna, jako twór niematerialny, jest niezniszczalny. Technicznie rzecz biorąc, zniszczyć można co najwyżej nośnik, ale samej e-książki już nie.

Ale ok, jeśli ktoś chciałby się czepiać, to na ten moment założyć nawet możemy, że czytnik e-booków to książka. A ten, podobnie jak papier, na ogień odporny póki co jeszcze nie jest. Za to na wodę – nowsze modele już tak.

E-BOOKI SĄ TANIE, ALE CZYTNIK JEST DROGI

Inna sprawa, że gdy stanie się coś z naszą książką, na przykład zostawimy ją w autobusie albo w samolocie, to strata będzie raczej niewielka. Przynajmniej w porównaniu ze zgubionym albo zniszczonym czytnikiem. Bo ten kosztuje przynajmniej kilkaset złotych.

Nie oznacza to jednak w żaden sposób, że czytnika nie opłaca się kupować. Otóż opłaca się. I to bardzo. Mamy w Polsce kilka (jeśli nie nawet kilkanaście) internetowych księgarni z e-bookami. Zawsze jest tam jakaś promocja. Naprawdę zawsze. W każdej księgarni. Jeśli więc ktoś nie ma parcia na najnowsze publikacje, to przy odrobinie cierpliwości, można załapać się na ogromną promocję nawet książki, która na co dzień kosztuje 70 zł. Sam bardzo, bardzo rzadko płaciłem więcej niż 15 zł za e-booka.

Na książki papierowe też są oczywiście promocje, ale nie aż takie. I raczej nie na topowe pozycje.

E-BOOKA DOSTĘPNY NATYCHMIAST

Skoro już jesteśmy przy kupowaniu, warto od razu poruszyć inną kwestię z tym związaną. Cechą e-booków jest natychmiastowy dostęp do zakupionych pozycji. Natomiast po książki papierowe trzeba się albo wybrać do księgarni, albo poczekać na odwiedziny kuriera.

Ta natychmiastowość zakupów książek elektronicznych przedstawiana jest jako wielka zaleta. I z pewnością tym jest. Sam tak uważam. Ale gdy niedawno kupiłem książki i czekałem na kuriera z paczką, przypomniałem sobie, jakie to ekscytujące.

Jakoś tak mam, że bardzo się jaram paczkami, które mają do mnie dotrzeć. Zawsze w takiej sytuacji co chwilę sprawdzam status przesyłki, żeby wiedzieć gdzie jest i co się z nią właśnie dzieje. A gdy już w końcu trafi w moje ręce, to rozpakowywanie jej sprawia mi tyle samo frajdy, co rozpakowywanie prezentów pod choinką. Mimo, iż wiem co jest w środku.

Tak samo z wyprawami po książki do sklepu. Lubię to. No po prostu to lubię. Zakupy e-booków nie dają takich emocji.

KSIĄŻKI ŁĄDNIE PREZENTUJĄ SIĘ NA PÓŁKACH

Zawsze podobały mi się regały „zawalone” książkami. Jest to chyba najfajniejszy sposób aranżacji wnętrz. Dodatkowo, jako człowiek z żyłką kolekcjonera, wyobrażam sobie, jak fajnie jest patrzeć na rosnący zbiór książek. Tylko sobie wyobrażam, bo sam mam ich bardzo mało. To co czytałem, najczęściej pochodziło z bibliotek.

Co prawda jest pewien sposób na e-booki na półkach, ale jakoś mnie on nie przekonuje:



NA CZYTNIKU CZYTA SIĘ WIĘCEJ I SZYBCIEJ

Są nawet badania w tej sprawie. Ale mi one w sumie do niczego nie są potrzebne, bo prawdę tę znam z autopsji. Sam na sobie zauważyłem, że odkąd zaopatrzyłem się w czytnik e-booków, to czytam dużo więcej i dużo szybciej. 

Pierwsze wynikać może z faktu, że e-booki pozwalają na czytanie w praktycznie każdej sytuacji. Czasem nie ma możliwości albo po prostu nie chce się wyciągać z torby książki, za to nie ma problemu, żeby na chwilę wyciągnąć czytnik lub telefon, by przeczytać choćby mały fragment tekstu.

Natomiast zwiększona szybkość czytania, to efekt wspomnianej już możliwości dostosowania sobie wyświetlania książki do swoich potrzeb.

PAPIER LEPIEJ SIĘ ZAPAMIĘTUJE

Na potwierdzenie tego też są wyniki badań. Skąd to zjawisko? Ocenia się, że powodów może być kilka. Na przykład taki, że książka jest medium znanym naszemu mózgowi, który nauczył się przyswajać z niego jak najwięcej informacji, a e-book jest wynalazkiem młodym i nie jesteśmy jeszcze do tego ewolucyjnie przystosowani. A przynajmniej nie tak dobrze, jak do papieru.

Kolejnym powodem może być fakt, że czytając książkę zapisujemy w głowie więcej informacji, niż tylko jej treść. Takie jak grubość książki, pozycja w jej przestrzeni czytanego fragmentu, krój czcionki itd. Podczas czytania papieru odbieramy też bodźce dotykowe, wzrokowe i węchowe (ten słynny zapach książki). Wszystkie to  składa się na ogólny odbiór książki. A im więcej bodźców i informacji na raz, wspólnie ze sobą połączonych, tym lepiej zapamiętuje się informacje.

W każdym razie, beletrystyka sprawdza się w formie elektronicznej znakomicie. Ale do książek naukowych czy bardziej poważnych wydawnictw, zdecydowanie polecam wydanie papierowe. Tym bardziej, że z e-bookiem pracuje się bardzo ciężko. Mimo, iż jest możliwość robienia zakładek, notatek i podkreśleń.

CZYTANIE E-BOOKA NIE JEST DOBRYM PRZYKŁADEM DLA DZIECKA

To rzecz nad którą bardzo ubolewam. Wiele się mówi o tym, żeby dawać dziecku dobry przykład i czytać. Jeśli dziecko będzie widziało, że rodzic czyta, to samo będzie chciało to robić. Oczywista sprawa, w końcu dziecko uczy się przez naśladowanie. 

Niestety, ale w przypadku e-booków to tak nie działa. Dziecko w czytniku nie widzi książki. Dla niego to jest czytnik. Kolejny gadżet, którym chce się pobawić. Na równi z telefonem czy innym tabletem. Choć tu oczywiście dużo zależy od wieku dziecka.

CZYTNIK E-BOOKÓW KUMULUJE W SOBIE WSZYSTKIE KSIĄŻKI

Gdy brałem czytnik do ręki, wielokrotnie zastanawiałem się nad pewnym fenomenem. Zagadką było dla mnie, jak to jest, że tak bardzo lubię ten sprzęt. A było to o tyle ciekawe, że im dłużej obcowałem z czytnikiem, tym bardziej go lubiłem. W końcu mnie oświeciło!

I nie chodzi tu wcale o żadną konkretną właściwość mojego czytnika. Z pewnością to samo by się okazało z każdym innym sprzętem.

Książki przez nas przeczytane wzbudzają w nas zupełnie inne emocje, niż te nieprzeczytane. Lektura książki sprawia, że przeżywamy (mniej lub bardziej) to, co się w nich dzieje. 

Zrób sobie taki mały test. Weź do ręki jakąś przeczytaną książkę. Może być jakoś dawno przerobiona, ale lepiej, jeśli będzie to coś świeżego. Popatrz sobie na nią, i zaobserwuj co czujesz. Nie musisz nawet przypominać sobie jej treści. Ważne są uczucia i emocje.

A teraz weź kolejną książkę i zrób to samo. Zauważysz zapewne, że znowu pojawią się uczucia i emocje. Ale tym razem inne. Może słabsze, może silniejsze. Ale na pewno inne.

Można tak bez końca. Wzięcie do ręki książki przywołuje to, co wywoływała w czasie lektury. 

Teraz wyobraź sobie, że czytnik wszystko to w sobie kumuluje. To on jest pośrednikiem pomiędzy nami, a książką. Tak więc im więcej książek za jego pomocą przeczytamy, tym nie tylko więcej emocji przy jego udziale odczuwamy, ale też z każdym e-bookiem się one wzmacniają.

I właśnie za to go uwielbiam!

TO W KOŃCU CO?
E-BOOK CZY PAPIER?


A wybierz sobie co chcesz. To, co bardziej ci odpowiada, z czym lepiej się czujesz. 

Osobiście nie mam żadnego problemu z tym, by jedną książkę czytać na przemian na papierze, tablecie, czytniku i telefonie. Przetestowałem to ostatnio, i sprawdza się znakomicie.

Najczęściej jest tak, że ci, co lubią e-booki, nie mają nic przeciwko książkom papierowym. Natomiast fanatycy i fetyszyści szelestu papieru i zapachu kleju uważają, że e-book, to produkt wybrakowany.

Możesz sobie uważać, że nie lubisz e-booków. Twoje prawo. Twoja sprawa. Ale nie mów mi, że e-book, to nie książka. Tak samo, jak zapewne nie powiesz mi, że nie lubisz i nie czytasz newsów, ani żadnych artykułów w Internecie, bo liczy się tylko prasa drukowana…

Bo książka, to książka. Reszta, to tylko nośnik i otoczka.

Czytaj więc tak, jak lubisz. I pozwól innym robić to samo.


15:45

Czytnik Kindle #DobryZakup

Czytnik Kindle #DobryZakup

Często, zdecydowanie za często bywa tak, że kupiony sprzęt elektroniczny albo nie spełnia oczekiwań (bo na przykład mieliśmy je zbyt wygórowane), albo po prostu za szybko się psuje. A jak dwa te czynniki wystąpią jednocześnie, to już w ogóle tragedia. Są jednak sprzęty, które pomimo upływu lat, nawet przy codziennym ich użytkowaniu, zachowują swoją pełną funkcjonalność. Mam takich kilka. Dziś przedstawię jeden z nich.

Co prawda zdążyłem już w międzyczasie wymienić swój model na nowszy, ale nie była to konieczność spowodowana awarią lub spadkiem funkcjonalności. Chodziło o to, że chciałem czegoś jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Czy też, co równie prawdopodobne, marketingowcy producenta przekonali mnie, że potrzebuję zrobić upgrade. ;) 

Kindle
Classic [14 II 2012], Paperwhite [24 VI 2013]

Swój pierwszy czytnik ebooków kupiłem za czasów mojej emigracji w Niemczech. Siedziałem sam w pokoju i oglądałem TV. Jak ostatni przegryw – w walentynki przed telewizorem…


Ale i tak warto było, bo zobaczyłem reklamę czytnika Kindle. Wtedy jeszcze nie wszystko rozumiałem, co tam w niej mówili, ale widziałem, że jest to sprzęt za pomocą którego można czytać książki. Przypomniało mi się też, że w CD-ACTION czytałem kiedyś recenzję Kindle’a.

Zrobiłem więc szybki risercz w Internecie. Trafiłem wtedy na stronę Świat Czytników, bo nie sposób tam nie trafić, jeśli szuka się w polskiej sieci informacji o czytnikach ebooków. Strona Roberta chyba nawet nie ma konkurencji, ale to wcale nie jest powód dla którego jest to najlepsze miejsce o czytnikach w polskiej przestrzeni sieciowej.

Przeczytałem tam chyba wszystko na temat Kindle Classic. Moja decyzja mogła być wtedy tylko jedna – CHCĘ! Tak więc szybko zarejestrowałem się na Amazonie, złożyłem zamówienie, i już na drugi dzień byłem szczęśliwym posiadaczem swojego pierwszego Kindle’a.

Dla kogoś, kto siedział za granicą i chciał mieć możliwość czytania książek po polsku, a przy tym nie miał ochoty dźwigać i gromadzić ton książek, był to sprzęt wręcz idealny! Co więcej – dzięki abonamentowi POLITYKI Cyfrowej, mogłem czytać nie tylko książki, ale i tygodnik, co pozwalało mi być w miarę na bieżąco w kwestii tego, co działo się w kraju.

I choć nie minęło nawet 1,5 roku, jak kupiłem nowy czytnik – model Paperwhite, to nie zrobiłem tego, bo poprzedni nagle odmówił posłuszeństwa. Kupiłem go, bo był to pierwszy Kindle, który miał podświetlenie, pozwalające na czytanie w każdych warunkach oświetleniowych.

Classic, o którym możecie przeczytać TUTAJ, do dziś służy przyjacielowi. A ma już prawie 6 lat (Kindle, nie przyjaciel). Ja natomiast od ponad 4 lat czytam regularnie za pomocą mojego Kindle Paperwhite. 

Jak widać, czytnik Kindle to zakup na wiele lat. I choć od czasu do czasu myślę sobie, że chciałbym nowszy model, to zawsze jest to właśnie chęć, a nie konieczność. 

Kupno czytnika Kindle to była jedna z najlepszych inwestycji w moim życiu. Nie żałuję ani jednego centa, jakiego na niego przeznaczyłem. Do dziś uśmiecham się gdy biorę czytnik do ręki. Z radości, że go mam.

15:30

Kawa i czekoladki sposobem na kreatywność? Sprawdzam!

Kawa i czekoladki sposobem na kreatywność? Sprawdzam!

Pusta biała przestrzeń na monitorze, symbolizująca nieskalaną żadnymi zapiskami kartkę papieru, to koszmar każdego, dla kogo pisanie jest w jakikolwiek sposób ważne. Czy to zawodowo, czy po prostu z pasji. Brak weny, to najgorsza rzecz, jaka może spotkać ludzi słowa pisanego. Gdyby tak istniał jakiś naprawdę skuteczny, a przy tym przyjemny sposób na zwiększenie swej kreatywności…

Jako osoba pisząca teksty na zamówienie [napiszemy.to] oraz bloger, który poważnie podchodzi do swojej pracy i pasji, mam podwójnie wysokie zapotrzebowanie na kreatywność. Dlatego też, gdy tylko zobaczyłem reklamy produktów, których producenci obiecują rozwiązanie problemu pustej kartki, powiedziałem to, co w takich sytuacjach zwykł mówić AdBusterSPRAWDŹMY TO!

WAWEL I JEGO KASZTANKI

Kasztanki uwielbiam. Naprawdę. Lubię je tak bardzo, że kiedyś, gdy znajomy koniecznie chciał się jakoś odwdzięczyć za okazaną mu pomoc, powiedziałem, że może to zrobić „płacąc” Kasztankami właśnie. A były one tym cenniejsze, że mieszkałem wtedy w Monachium, gdzie nie dało się ich znaleźć. Za to znajomy regularnie jeździł do Polski.

Gdy więc zobaczyłem w TV poniższą reklamę, która obiecuje mi wzrost kreatywności w zamian za jedzenie Kasztanków, moja decyzja o ich zakupie była natychmiastowa.


Już na samym początku filmu widać, że występująca w nim pani zmaga się ze wspomnianą tu pustą kartką, i zupełnie nie może sobie poradzić z jej wypełnieniem. Wszystko zmienia się diametralnie i natychmiast, gdy tylko skosztuje Kasztanków.

Czy można zrobić bardziej zachęcający film dla blogera i copywritera? Nie sądzę.

NIEBIESKA WOSEBA

Gdy już byłem prawie gotów do wyjścia po Kasztanki, zobaczyłem w telewizji kolejną reklamę. I już wiedziałem, że moja lista zakupów musi koniecznie powiększyć się o jeszcze jedną pozycję –  kawę Woseba. Niebieską.

Bo to ona sprawi, że odnajdę w sobie kreatywność. Zobaczcie sami:


Okazja była tym bardziej dogodna, że właśnie postanowiliśmy z Żoną, że po kilku miesiącach picia kawy rozpuszczalnej, wracamy do tej prawdziwej, mielonej. Co prawda Woseby jeszcze nigdy nie piłem, ale najwyższa pora spróbować. Przecież nawet jeśli nie będzie smakować, to zyskam kreatywność!

KONSUMPCJA, CZYLI TESTOWANIE

Testowanie było prawdziwą przyjemnością. Nie dość, że produkty były same w sobie bardzo dobre, to jeszcze ich wspólne zestawienie wypada znakomicie. No bo sami powiedzcie – czy kawa i czekoladki, to nie idealna para?

Co do jakości Kasztanków, nie miałem żadnych obaw ani wątpliwości. W końcu od bardzo dawna znam i uwielbiam ich smak. Z rezerwą natomiast podszedłem do kawy. Woseba była dla mnie nowym doświadczeniem i nie wiedziałem czego się spodziewać. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Kawa okazała się naprawdę dobrym trunkiem.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że to zestawienie kawy i cukierków pozwoliło na uzyskanie efektu synergii. Dzięki czemu doświadczenie było pełniejsze i przyjemniejsze. I nawet, gdyby się okazało, że obiecana kreatywność, to co najwyżej owoc (nomen omen) kreatywności twórców reklam, to już same walory smakowe wynagrodziłyby ten brak.

CO Z TĄ KREATYWNOŚCIĄ?

No właśnie? A co z tym, co w całej tej konfrontacji najważniejsze? Co z kreatywnością?

Cóż, dość powiedzieć, że już sam ten tekst powstał dzięki Kasztankom i Wosebie. Zrobiłem też kilkadziesiąt zdjęć tych produktów. I choć wykorzystałem raptem jedno z nich, to nie da się ukryć, że już samo ich wykonywanie było czynnością bardzo kreatywną. Wygląda więc na to, że coś jest na rzeczy!

OH WAIT…

A nie, chwila… Przecież ja na pomysł tego tekstu wpadłem jeszcze zanim skonsumowałem reklamowane produkty. Fotki też robiłem przed pierwszym łykiem kawy i przed pierwszym kęsem czekoladki. Albo więc produkty te wpływają pozytywnie na kreatywność jeszcze przed ich konsumpcją, albo…

Albo sami wiecie co.

W każdym razie, jeśli kiedyś blog ten zniknie z sieci, bo zabraknie mi kreatywności potrzebnej do jego prowadzenia i rozwoju, to już wiecie do kogo wysyłać zażalenia. ;)




17:11

CDA i ja

CDA i ja

Jest coś, od czego byłem kiedyś uzależniony. Coś, na co swego czasu przeznaczałem regularnie prawie całe moje kieszonkowe. I to przez kilka lat. Coś, na co czekałem z wypiekami na twarzy, i po co regularnie wstawałem o świcie, żeby tylko jak najszybciej to zdobyć. Pomimo, że zwykle z wielką niechęcią wstaję z łóżka. Coś, dzięki czemu całkiem sporo zawdzięczam. To coś, to CD-ACTION – magazyn dla graczy, którego jubileuszowy numer, z okazji 20 lat istnienia czasopisma, właśnie trafił w moje ręce. Wywołując falę wspomnień i nostalgii.

20:25

Ojciec

Ojciec

Dziś Dzień Ojca. Przynajmniej według polskiego kalendarza, bo w Niemczech przypada on na 15 maja. To zawsze dobra okazja, by pomyśleć trochę nad ojcostwem. Dla mnie okazja to szczególna, bowiem ostatni raz dzień ten nie jest moim świętem! Ze zdwojoną siłą myślę więc o byciu ojcem. Ze świadomością, że niebawem skończy się teoretyzowanie, a zacznie praktyka. Teraz i ja będę musiał zmierzyć się z tym niełatwym wyzwaniem. Ale wiecie co? Zrobię to z ogromną, przepotężną wręcz przyjemnością!

23:57

Lekko Stronniczy Tren #1001

Lekko Stronniczy Tren #1001


Lekko Stronniczy Tren #1001 
Wielkieś mi uczynił pustki na YouTubie moim, 
Mój drogi LS-ie, tym zniknieniem swoim! 
Pełno filmów, a jakoby żadnego nie było: 
Jedną maluczką audycją tak wiele ubyło. 
Wyście za wszytki mówili, za wszytki śpiewali, 
Dzieciom w domach dziecka akcjami pomagali. 
Nie dopuściliście nigdy widzom się frasować 
Ani myśleniem ponurym swej głowy psować, 
To tego, to owego wdzięcznie obśmiewając 
I onym swym uciesznym śmiechem zabawiając. 
Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w sieci, 
Bo program o 18-tej już więcej nie poleci. 
Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, 
A serce 1001 odcinka darmo upatruje.

00:00

Czesław Śpiewa, Księga Emigrantów. Tom 1 - okiem emigranta

Czesław Śpiewa, Księga Emigrantów. Tom 1 - okiem emigranta

Nienawidzę Cię Polsko! - dokładnie tak brzmi tytuł jednej z piosenek na najnowszej płycie zespołu Czesław Śpiewa. Czy trzeba czegoś więcej, by móc ocenić jakość tego albumu i jednocześnie tego, przepraszam za wyrażenie - artysty?

Cóż, wielu osobom to wystarczy. Widocznie w swoich główkach nie są w stanie pomieścić więcej niż trzy słowa. Zapewne też dlatego ich odpowiedź na twórczość Czesława ograniczała się do: Spierdalaj z Polski!

14:58

Blog Day 2014

Blog Day 2014

31 VIII to w blogosferze ważny dzień - to Dzień Blogera. Sposób jego świętowania jest nader zacny. Polega on bowiem na tym, że blogerzy polecają swoim czytelnikom innych blogerów, dzięki czemu znakomite treści mogą dotrzeć do większej liczby odbiorów. 

Oto więc przed Wami pięć znakomitych adresów w sieci, na które warto zajrzeć, gdy już przeczytacie wszystko na tym blogu.
Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI