Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

20:45

Poradniki i szkolenia nie działają!

Poradniki i szkolenia nie działają!

Półki w księgarniach uginają się od wszelkiej maści poradników i kursów, mających nauczyć nas nowych umiejętności lub poprawić jakość naszego życia. Dyski twarde księgarń ebooków przepełnione są tego typu pozycjami. I jak przyznają sami księgarze – segment ten jest jednym z najlepiej się sprzedających. Również wielkie sale konferencyjne pękają w szwach podczas różnego rodzaju szkoleń, kursów i wykładów, które mają być receptą na sukces. Dlaczego więc tak mało z nas sukces ten osiąga?

Prawdą jest, że przyczyną braku skuteczności niektórych z pozycji jest fakt, że głoszone w nich treści nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego i na zawsze pozostać w umysłach ich twórców. Pół biedy, gdy okazują się one po prostu bezwartościowe. Ale bywają i takie, które są szkodliwe i niebezpieczne – patrz teorie Beaty Pawlikowskiej na temat depresji.

Daleki jednak jestem od stwierdzenia, że wszystkie te kursy, szkolenia, poradniki, wykłady i konferencje, to jedna wielka ściema. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych rzeczy jest bogatych w cenne informacje, które naprawdę mogą wzbogacić nasze życie. Dlaczego więc tego nie robią? Albo inaczej – dlaczego pomimo takiej dostępności sposobów na wszelkiego rodzaju sukces, tak niewielu może się nim poszczycić?

SUKCES. CO TO W OGÓLE JEST?

Dla uproszczenia rozważań w tej dyskusji przyjąłem, że sukcesem jest osiągnięcie tego, co było motywacją zakupu danego poradnika, kursu czy biletu na szkolenie. Dla przykładu – jeśli kupiłeś książkę „Niemiecki w 30 dni”, to sukcesem będzie nauczenie się języka niemieckiego (niekoniecznie w 30 dni). Dla osoby kupującej książkę „Laptopowy milioner” (tak, jest taka), sukcesem będzie zarobienie milionów, siedząc przed komputerem. Jeśli nabyłeś książkę „Bloger i Social Media”, to sukcesem będzie rozwój bloga, jego społeczności i zarabianie na blogowaniu.

POWIDZ MI JAK…?

Przy tej ostatniej pozycji zatrzymamy się na dłużej. Jej autor, Jason Hunt, podzielił się niedawno na blogu pewnym spostrzeżeniem. Otóż okazuje się, że wśród ogromu pytań, jakie dostaje osobiście, jak i drogą elektroniczną, jedno nigdy nie pada. Nikt nie pyta go o to, jak być lepszym twórcą. Całość możecie przeczytać tutaj: [klik].

Autor przedstawia tam też dwie teorie, mające tłumaczyć przyczyny takiego stanu rzeczy. Jedną z nich jest przekonanie ludzi, że tę wiedzę posiadają, więc nie muszą o nią dopytywać. Druga teoria mówi o myleniu bycia najlepszym z byciem najpopularniejszym, więc ludzie zamiast dążyć do tego pierwszego, chcą osiągnąć to drugie. I jakkolwiek słuszne są te teorie, osobiście dodałbym jeszcze jedną.

Aby odpowiedź była jak najbardziej wartościowa, konkretne pytania należy zadać konkretnym ludziom. To znaczy, że piłkarza nie pytamy się o to, jak grać w koszykówkę, a piosenkarki o to, jak być znakomitym aktorem. Skoro więc Jason Hunt od lat kreował swój wizerunek jako osoby, która wie jak monetyzować blogowanie, to właśnie o to pytają go ludzie. Nie twierdzę, że się na dobrym pisaniu nie zna. Wręcz przeciwnie. Ale nie jest to dziedzina, w której kojarzony jest jako autorytet.

PYTANIE --> ODPOWIEDŹ. KROPKA

Zostawmy już jednak kwestię tego o co pytają, a skupmy się na samych pytaniach, nadal trzymając się przykładu Jasona Hunta. Tomek (czyli właśnie Jason Hunt) znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, czego oczekują od niego ludzie. Jasnych, prostych i skutecznych odpowiedzi. W ten sposób skonstruowane są też jego książki o blogowaniu i social mediach. Ich struktura zawsze wygląda tak samo: pytanie – odpowiedź, pytanie – odpowiedź, pytanie… I tak w kółko.

Sprawdza się to naprawdę dobrze. Raz, że jest przejrzyście, a dwa – konkretnie. Co bardzo dobrze wpisuje się w potrzeby większości. Tego właśnie ludzie chcą. Mają problem na który oczekują natychmiastowego rozwiązania. Tu i teraz. I co ważne, żeby nie musieli się przy tym natrudzić.

Czytałem niedawno w jakiejś gazecie wywiad z panią psycholog na temat radzenia sobie ze złością i frustracją podczas opieki nad dzieckiem, które pojawiają się w życiu każdego rodzica. Pani opowiedziała historię, jak doradziła pewnej kobiecie właśnie w tej kwestii. Poleciła chyba wszystkim znane „liczenie do 10”. Sposób jest prosty – należy oddychając spokojnie, policzyć do 10. 

Proste? Proste! Natychmiastowe? Oczywiście! Przecież trwa to raptem 10 sekund.

Jednak kobiecie, która pytała o sposób na złość to nie odpowiadało. Powiedziała, że zna zaproponowaną metodę, ale na nią ona nie działa. A na pytanie pani psycholog czy kiedyś tego próbowała, odpowiedziała szczerze, że nie. No bo po co, prawda…? 

HOKUS POKUS

I tu dochodzimy do sedna problemu. Ludzie traktują poradniki jako magiczne księgi, mające dać im równie magiczne zaklęcia, które w mgnieniu oka odmienią ich życie. A autorytet to taki mag, który poproszony o pomoc udzieli machnie swoją różdżką i wypowiadając tajne formułki sprawi, że sukces stanie się naszym udziałem. 

Tymczasem nie. To nie jest takie proste. Na pytanie „Jak dostać się do filharmonii?”nie usłyszymy, że najpierw w lewo, potem dwie przecznice prosto, potem znowu w lewo, i gotowe – jesteś na miejscu. Nie moi drodzy. Co najwyżej usłyszymy, że trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. I się nie poddawać.

Mogą trafić się i tacy „magowie”, którzy podzielą się swymi zaklęciami. Co więcej, mogą się one okazać naprawdę skuteczne. Osiągniesz swój wymarzony sukces. Ale co z tego, skoro i tak zaraz go stracisz?

Z sukcesami na skróty jest zawsze tak samo. Możesz go osiągnąć, ale nad nim nie zapanujesz. I ostatecznie znajdziesz się w sytuacji jeszcze gorszej, niż przed tym sukcesem. Tak się dzieje z większością osób, które wygrały duże sumy na loterii. Właśnie dlatego, że nie przeszły pełnej drogi do miejsca w którym się znaleźli. Drogi w trakcie której nauczyliby się co, jak i dlaczego działa tak, a nie inaczej. Jakie działanie przynosi jaki efekt, itd.

DLACZEGO WIĘC TO NIE DZIAŁA?

Domyślasz się już dlaczego, pomimo takiego zatrzęsienia poradników, kursów, szkoleń i wykładów, oraz tak wielkiego zainteresowania nimi, tak mało osób osiąga sukces? Dlaczego to wszystko nie działa?

Bo nie! Bo to nie ma działać.

Rolą wszystkich tych rzeczy jest przekazanie konkretnych informacji, wiedzy, technik i sposobów na osiągnięcie czegoś. Działać ma ich odbiorca. A ten, zwykle jest leniem. Leniem, który jeśli w ogóle przeczyta kupiony poradnik, to prędzej krzyknie, że jest on do dupy, niż ruszy własne cztery litery, żeby wiedzę którą zdobył,  sprawdzić w działaniu.

PYTANIE --> ODPOWIEDŹ --> DZIAŁANIE --> EFEKT

Czytanie poradników, to żaden wstyd. Wręcz przeciwnie. Często świadczy to o mądrości i rozwadze danej osoby. Jest to przecież jasny sygnał, że osoba ta chce coś zmienić lub coś osiągnąć. Ale kupowanie kolejnych książek nic nie zmieni. Znam takich, co mają sporo poradników, a nawet jednego nie przeczytali. Samo czytanie też nic nie da. Tak jak nie da nic kolejny wyjazd na szkolenie czy konferencję. 

Jedynym sposobem na to, by wydana kasa była dobrą inwestycją, a nie wyrzuceniem jej w błoto, to działanie. Przekucie zdobytej wiedzy w realne efekty. Tylko wtedy, nawet jeśli nie osiągniesz od razu sukcesu, zdobyte doświadczenie i wnioski, jakie będzie można z tego wyciągnąć, sprawią, że sukces będzie bliżej. Realnie bliżej.

To nie jest łatwe. I bardzo dobrze! Bo czym jest sukces, który łatwo przychodzi?

16:00

Ślub w Konsulacie RP, czyli karuzela absurdu

Ślub w Konsulacie RP, czyli karuzela absurdu

Wydawać by się mogło, że ślub w urzędzie, to czysta formalność. Umawiasz termin, uiszczasz stosowną opłatę, a potem już tylko przychodzisz w wyznaczonym dniu o ustalonej porze, by wyrecytować formułki, nałożyć obrączki oraz podpisać dokument. I o ile sama uroczystość ślubna jest rzeczywiście formalnością, o tyle zorganizowanie jej, to prawdziwa przygoda. A przynajmniej w momencie, gdy ślub planujesz wziąć za granicą. Wtedy absurd goni absurd…

Znalazłem niedawno swój rachunek z Konsulatu Generalnego RP w Monachium na opłatę za zawarcie związku małżeńskiego przed Konsulem. I nagle przypomniało mi się co najmniej kilka dziwnych, a czasem nawet bardzo dziwnych i do dziś niewyjaśnionych sytuacji związanych z zorganizowaniem ślubu. Niektóre takie, które mogły przytrafić się każdemu, kto chciał cokolwiek załatwić w tej placówce, inne zaś takie, które dotyczą jedynie organizowania ślubu przed Konsulem. Zaczniemy od tych pierwszych.

Pińcet maili

Ponieważ Konsulat czynny jest w godzinach raczej niedogodnych dla osób pracujących, do tego dodzwonienie się tam graniczy z cudem, postanowiłem kilka spraw dogadać za pośrednictwem poczty elektronicznej. Wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem, tak dla mnie, jak i dla pracowników Konsulatu.

Specyfiką maili jest przecież fakt, że nie trzeba na nie odpowiadać natychmiast. Ma się też więcej czasu na przygotowanie odpowiedzi, niż w przypadku rozmowy telefonicznej lub w cztery oczy. I jeszcze jedna, bardzo duża przewaga nad innymi formami komunikacji – wszystko pozostaje zapisane. Niczego więc się nie zapomni, dzięki czemu nie będzie trzeba kolejny raz zawracać nikomu głowy sprawą, która już wcześniej została dogadana.

Przewaga poczty elektronicznej nad zawracaniem głowy telefonami czy spotkaniem face to face, zwłaszcza w kwestiach formalnych czy biznesowych, jest wg mnie ogromna. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy natychmiast po wysłaniu jednego z maili do Konsulatu, otrzymałem telefon od adresatki wiadomości, a w trakcie rozmowy usłyszałem:
Codziennie dostajemy 500 maili, co nam oczywiście bardzo ułatwia pracę.
Bardzo to lubimy…
Całość została oczywiście wypowiedziana z wyraźną ironią i pretensją o to, że maile do nich wysyłam. Nie wiem czego pani oczekiwała w odpowiedzi. Że ją przeproszę za to, że chcę mieć wszystko dobrze zaplanowane i dopięte na ostatni guzik? Przecież ja planowałem swój ślub do cholery! 

Dokumentów nie dostaniesz, bo…

Jak to w każdym urzędzie bywa, aby załatwić jakąś sprawę, trzeba powypełniać trochę papierków. Zapytałem więc w jednym z tych tak lubianych maili, czy jest może możliwość, aby przesłano mi potrzebne dokumenty w formie elektronicznej. 

I co się dowiedziałem? Że nie ma możliwości wypełnienia dokumentów w formie elektronicznej… Serio! Pytałem o dokument, który mógłbym wydrukować i wypełnić w domu, żeby już wypełniony dostarczyć do Konsulatu i nie musieć tego robić na miejscu. Ja miałbym więcej czasu i spokoju na wypełnienie druków, pani miałaby trochę zaoszczędzonego czasu.

A wyszło tak, że pytając o PRZESŁANIE dokumentu drogą elektroniczną, dowiedziałem się, że nie ma możliwości WYPEŁNIENIA go drogą elektroniczną. No kurde…

Pożądanie w Konsulacie

Przechodzimy do spraw dotyczących bezpośrednio ślubu. Jak w każdym ślubie – potrzebni są świadkowie. Potrzebne były dokumenty tożsamości naszych świadków. Przesłaliśmy więc. I już po chwili znowu otrzymałem telefon.

Tym razem pani przestraszyła się, że jednym z dokumentów był niemiecki dowód osobisty. Bardzo wyraźnie słychać było, że coś jej się w tym nie podobało. Pytała nawet czy nie moglibyśmy znaleźć kogoś innego na świadka. Poważnie. Urzędniczka chciała wpłynąć na to, kto będzie naszym świadkiem na ślubie. Wyraziła to w następujący sposób:
Pożądane jest, by byli to Polacy.
Pani odpuściła i uspokoiła się dopiero, gdy uświadomiłem ją, że ta osoba owszem, ma niemiecki dowód osobisty, ale jest Polką i znakomicie zna język polski. I jak się później okazało, o to właśnie chodziło. O znajomość języka polskiego. Bo gdyby któryś ze świadków go nie znał, to pani musiałaby zorganizować tłumacza.

Tak więc chciano wpłynąć na wybór świadków na naszym ślubie po to, żeby zaoszczędzić pani trochę pracy. I pewnie też pieniędzy. Choć nie wyobrażam sobie, żeby z tego, co zapłaciliśmy miało zabraknąć na ewentualnego tłumacza.

A rodzice wiedzą?

Kolejna sprawa również związana jest z dowodami osobistymi. Tym razem jeszcze bardziej bezpośrednio. Zażądano od nas bowiem zdjęć dowodów osobistych naszych rodziców.

Żeby nie było podejrzeń, że się pomyliłem i napisałem coś, czego napisać nie chciałem – powtórzę: zażądano od nas zdjęć dowodów osobistych naszych rodziców.

Dlaczego dorośli ludzie, po trzydziestce, którzy chcą ślubować, muszą dostarczać dokumenty swoich rodziców? Nie wiadomo. Moje pytanie o to pozostało bez odpowiedzi. Po co to komu? Na co? Jakie dane są z tego dowodu potrzebne? Czy aby na pewno niezbędne są zdjęcia dowodów, czy może wystarczy przesłać jakieś konkretne dane z nich? Nie wiadomo. Nie uzyskałem na te pytania odpowiedzi.

Dopiero na moje zapytanie o to, co w przypadku, gdy ktoś mam problem z uzyskaniem takiego zdjęcia, bo na przykład nie utrzymuje kontaktu z rodzicem, w odpowiedzi przeczytałem, że wtedy protokół będzie niekompletny.

Przerażający goście

Ślub to sprawa, której raczej nie przeżywa się w samotności. Mniejsze lub większe grono gości, jest raczej stałym elementem uroczystości. A w przypadku ślubu w Konsulacie, potrzebna jest dokładna lista tych, którzy będą nam towarzyszyć w tej ważnej chwili.

My chcieliśmy skromnej uroczystości. Stąd nasza lista gości była naprawdę niewielka. A ponieważ z góry wiedzieliśmy, że nie wszyscy zaproszeni na ślubie się pojawią, miało być naprawdę kameralnie.

Z taką też informacją przesłaliśmy do Konsulatu naszą listę. Zaznaczyliśmy, że choć zawiera ona prawie 30 pozycji, na ślubie realnie spodziewamy się około połowy z wymienionych osób. Co otrzymaliśmy w odpowiedzi? Ano to:
Lista jest przerażająca!
Proszę już nikogo nie dopisywać!
Tak jak wcześniej pani chciała wpłynąć na to kto miał być naszym świadkiem, tak teraz chciała za nas decydować, kto może być naszym gościem. A faktu, że lista realnie kilkunastu gości wywołała przerażenie, nawet nie potrafię skomentować. Tym bardziej, że jak się później okazało, miejsca i przygotowanych krzeseł dla gości było tyle, że spokojnie zmieściłoby się kilka razy więcej. Skąd więc to przerażenie i zakaz dopisywania kolejnych osób?

Było miło

Na koniec muszę jednak przyznać, że choć po drodze pojawiło się kilka absurdów w trakcie przygotowań do ślubu, to już sama uroczystość była piękna i bardzo dobrze przygotowana. I pomimo tych dziwnych rzeczy po drodze, bardzo polecam skorzystanie z możliwości zawarcia związku małżeńskiego przed Konsulem, jeśli tylko ktoś taką opcję rozważa.

Trzeba być jednak świadomym tego, że praca w Konsulacie, to nie praca.
To stan umysłu.

14:41

Nie karz mnie za swoje nieudane życie! Idź sobie być frustratem gdzieś indziej

Nie karz mnie za swoje nieudane życie! Idź sobie być frustratem gdzieś indziej
Wiem, że nie każdemu udaje się tak ułożyć sobie życie, by być zadowolonym i szczęśliwym człowiekiem. Nie każdy potrafi walczyć o to, by jego życie składało się w głównej mierze z tego, co daje mu satysfakcję i przyjemność. Ale chyba każdy może tak żyć, by inne osoby, zwłaszcza postronne, nie musiały na własnej skórze doświadczać frustracji życiowej kogoś, kto z tego życia jest wybitnie niezadowolony?

Jednym z najczęstszych powodów życiowej irytacji jest wykonywanie zawodu, którego się nie cierpi. Praca jest przecież naszym drugim domem. To tam spędzamy najwięcej czasu, poza własnymi czterema ścianami. Nic więc dziwnego, że istotnie wpływa ona na poziom naszego zadowolenia życiowego. A w przypadku pracy, która wkurza, nie ma co liczyć na wzrost satysfakcji.

Może ktoś argumentować, że czasem rzeczywiście robi się coś, czego się nie lubi, ale bywa tak, że generowane w ten sposób zarobki rekompensują wszelkie niedogodności. Mnie ten argument w żaden sposób jednak nie przekonuje. Bo nie wyobrażam sobie, że wysokie zarobki sprawią, iż ktoś wstając w poniedziałek do pracy, której nie trawi, pomyśli sobie nagle: „Och, jak cudownie! Kolejny tydzień pracy się zaczyna! Pracy z której mam fajną kasę”! Już prędzej uwierzyłbym w takie myśli: „Fuck! Znowu ta pieprzona robota! Nienawidzę jej! Dobrze, że chociaż kasa jest przyzwoita”.

Pani już podziękujemy
Przedstawicielkę takiej życiowej frustracji widzę prawie codziennie. To pracownica pobliskiego centrum handlowego. Pani zadaniem jest krojenie, pakowanie i podawanie ludziom tego, co zamówią – obsługa klienta na dziale mięso/wędliny. Zajęcie więc raczej nieskomplikowane. Od osób na takim stanowisku nie wymaga się też pasji do tego, co zawiera się w zakresie ich obowiązków.

I choć bywają miejsca, gdzie od pracowników oczekuje się, by w kontakcie z klientami byli zawsze uśmiechnięci (sam przez kilka lat w takim miejscu pracowałem), nie sposób wymagać tego od osób pakujących wędliny. Ale jeśli ktoś zawsze, naprawdę zawsze ma albo ściśnięte usta i wygląda w ten sposób :|, ewentualnie w ten :(, to coś tu jest nie tak…

I żeby nie było, że to pewnie ja tak działam na tę kobietę – wystarczy krótka obserwacja by stwierdzić, że ona tak zawsze i do każdego.

Dzień dobry? Nie! Dzień zły!
Z niezadowoleniem na twarzy kasjera czy innego sprzedawcy, spotkać się można względnie często. Praca nie jest wcale tak łatwa, jak niektórym może się wydawać. Czasem trzeba się też z naprawdę nieprzyjemnymi ludźmi użerać. Ale w takich sytuacjach zawsze pomaga bardzo prosta rzecz – uśmiech na twarzy i miłe przywitanie się. Serio! To takie proste. Tyle wystarczy, by zmęczeni i czasem zdenerwowani pracownicy również zaczęli się uśmiechać i traktować cię przyjaźnie, a nie tylko obowiązkowo.

W przypadku tej sfrustrowanej pani to nie działa. Nigdy. A próbowałem wielokrotnie. Moje pozytywne nastawienie i serdeczne Dzień dobry, nie tylko nie dawało żadnego efektu, ale też nigdy, ani razu(!) nie usłyszałem od niej zwrotnego dzień dobry. To samo dotyczy do widzenia.

Ta kobieta nigdy nie odpowiada na zwroty grzecznościowe. Ani razu jej się to nie zdarzyło. Nigdy nawet nie pyta co podać. Ja mówię dzień dobry, a ona nic. Tylko stoi z tą swoją naburmuszoną miną i się na mnie patrzy. Gdy ją poinformuję po co przyszedłem, a ona łaskawie mi to poda (choć wyraźnie widać, że wolałaby we mnie tym rzucić), mówię grzecznie do widzenia. I co? I frugo. To samo, co z dzień dobry, czyli nic. Żadnej reakcji.

Czasem widać, że coś tam mówi, że coś burknie pod nosem. Ale właśnie tylko widać, bo nigdy tego nie słychać. Podejrzewam, że przeklina wtedy obsługiwanych ludzi i rzuca na nich jakieś straszliwe klątwy.

Zrób coś z tym
Ja wiem, że pakowanie mortadeli czy innych salcesonów, to nie jest zajęcie z którego można czerpać wiele radości i dumy. Domyślam się też, że wynagrodzenie za tę pracę nie jest wielce satysfakcjonujące. Ale to nie jest powód do karania innych za swoje życiowe wybory. To raczej powód do zmiany. Pracy albo nastawienia do niej. To dużo lepsze, niż obarczanie innych swoją frustracją.

15:28

Ani jednej kropli krwi!

Ani jednej kropli krwi!
Krew mogę oddać. Ludziom, którzy jej potrzebują, by przeżyć. Ale dla kraju nie przeleję ani kropli. I w żaden sposób nie przeszkadza mi to w stwierdzeniu, a nawet przekonaniu, że jestem patriotą. Co więcej, jestem większym patriotą, niż niejeden koleś biegający po mieście w bluzie z symbolem Polski Walczącej na piersi. Wyprodukowanej w Chinach…

Odbyłem kiedyś w pociągu bardzo ciekawą i przyjemną rozmowę ze współpasażerką. Nie pamiętam tak naprawdę o czym rozmawialiśmy, ale pogawędka skończyła się w momencie, gdy zapytała dokąd jadę. A byłem akurat w drodze na lotnisko w Gdańsku, by wrócić do Monachium, gdzie aktualnie toczyło się moje życie. Pamiętam te ostatnie zdania, bo podzieliłem się nimi na Facebooku:
https://www.facebook.com/zalewski.marcin/posts/894749007216637
I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą pogawędkę. Pani poczuła się chyba bardzo urażona moją odpowiedzią, bo wróciła do gapienia się przez okno. Nie zamieniliśmy więcej ani słowa.

Patriota ZAGRANICO

Mam ogromny szacunek do mojego kraju. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Podczas mojej kilkuletniej emigracji nigdy nie wstydziłem się, ani też nie ukrywałem tego skąd pochodzę. Nie wstydziłem się rozmawiać po polsku w miejscach publicznych. Ani się nie bałem rozmawiać po polsku przez telefon, jadąc na przykład kolejką miejską w Monachium. Choć wielokrotnie byłem pytany przez moich rozmówców czy to aby na pewno dobry pomysł.

Od czasu do czasu też wprawiałem w osłupienie ludzi, którzy dowiadywali się, że jestem Polakiem. Właściwie tylko dlatego, że byłem miły, dbałem o siebie, nie upijałem się, nie kradłem, nie rzucałem co chwilę kurwami na prawo i lewo, i poważnie podchodziłem do swoich obowiązków. I tyle.

To naprawdę wszystko. Tylko tyle wystarczyło, by poprawić w oczach obcokrajowców (nie tylko Niemców) wizerunek Polaka. A muszę z przykrością stwierdzić, że naprawdę jest co poprawiać. Takiej patologii w polskim wydaniu, jaką dane mi było obserwować podczas kilku lat spędzonych w Monachium, to ja w Polsce przez całą resztę mojego życia nie widziałem. Zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym.

Przez wszystkie lata mojej emigracji starałem się być ambasadorem kraju z którego pochodzę. Chciałem, by osoby, które spotkałem na swojej drodze, miały wyłącznie pozytywne skojarzenia z Polską i Polakami. Uważam, że mi się to udało. Jestem pewien, że wielokrotnie skutecznie ociepliłem wizerunek naszej ojczyzny i jej obywateli.

To postawa dużo bardziej patriotyczna, niż spanie w pościeli z Orzełkiem, czy głoszenie haseł w stylu: Polska dla Polaków.

Patriota w Polsce

Odkąd niespełna rok temu wróciłem do kraju mam wrażenie, że za patriotę może uważać się tylko ten, co chodzi w „odzieży patriotycznej”, jest zwolennikiem jedynej słusznej partii i nienawidzi wszystkiego, co choć trochę niepolskie.

Nie jest mi bliski żaden z tych warunków. Ale nikt nie odbierze mi prawa do bycia patriotą. Jestem nim.
 Pomimo tego, że nie wszystko w tym kraju mi się podoba, zawsze będę bronił dobrego imienia Polski.

Kocham mój kraj i jestem dumny z mojego pochodzenia. Gdyby tak nie było, inaczej bym się zachowywał na obczyźnie. Wielu wybrało odmienną postawę. Spotkałem w Niemczech takich rodaków, dla których wszystko co polskie to złe, a co niemieckie – najlepsze. Gdybym nie kochał mojej Ojczyzny, to by mnie tak nie bolało to, co obecnie dzieje się z Polską na arenie międzynarodowej.

Jestem obywatelem, który żyje zgodnie z prawem, starając się być zawsze przyzwoitym człowiekiem, który nieustannie dba o dobre imię Polski. Trzeba czegoś więcej? W czasie pokoju?

Gdyby była wojna

Gdyby sytuacja nagle się zmieniła i nastałby czas wojny, to bezwzględnie należy wziąć karabin w dłoń i walczyć, prawda? Cóż, chcesz – to bież. Chwała Ci za to. Ale ja wezmę nogi za pas. I rodzinę ze sobą. Bo pomimo mej miłości do Polski, miłość do Rodziny jest dużo większa. I umiłowanie życia też.

Odkąd zostałem mężem i ojcem, to Rodzina i jej bezpieczeństwo są moimi priorytetami.

Moja miłość do Polski jest bezgraniczna.
Dlatego wolę miłować ją z zagranicy, niż ginąć na polskiej ulicy.

16:25

Jak mówić do dziecka? Normalnie!

Jak mówić do dziecka? Normalnie!

Komunikacja z małym dzieckiem to bardzo skomplikowana sprawa. Przez przynajmniej kilkanaście pierwszych miesięcy jego życia, nie sposób z maleństwem porozmawiać. Choć można się dogadać i zrozumieć, co nam komunikuje. Język, jakim malec się do nas zwraca jest stosunkowo nieskomplikowany. Jeśli płacze, to zazwyczaj wystarczy je nakarmić, przewinąć albo przytulić. Ale jak my powinniśmy zwracać się do małego dziecka? To już takie oczywiste nie jest. Przynajmniej dla niektórych.

Osobiście bliski jest mi pogląd, że dziecko to mały dorosły, tylko z mniejszym doświadczeniem (Janusz Korczak się kłania). To istota tak samo rozumna i z takimi samymi prawami, co dorosły. Tyczy się to również komunikacji z dzieckiem. I nie chodzi mi w tym momencie o przekaz, ale formę samą w sobie. Dlatego też bardzo sprzeciwiam się, gdy ktoś mówi do dziecka, jakby ono było jakieś nienormalne.

Bendziemy ćytać ksionśki?
To zdanie jest chyba pierwszym tego typu, kierowanym do mojej córki, jakie usłyszałem. I chyba właśnie dlatego już na zawsze zostanie dla mnie przykładem stylu komunikacji z dzieckiem, którego nie znoszę. Denerwuje mnie, gdy słyszę taki sposób zwracania się do małego człowieka. A gdy ktoś mówi tak do mojej córki, to już białej gorączki dostaję.

Nie mam pojęcia skąd się bierze w ludziach przekonanie, że tak powinno się zwracać do dziecka? Wydaje im się, że takie gadanie jest słodkie (czy raczej śłodkie)? A skoro dziecko jest słodkie, to tak "słodko" powinno się do niego mówić?

Jakakolwiek jednak nie byłaby motywacja, uważam, że używanie takiego języka świadczy o traktowaniu odbiorcy komunikatu, jako jakiegoś niedorozwoja. Stąd mój sprzeciw.

Psik-psik i inne takie
Daleki jestem od stwierdzenia, że w naszym domu rozmawiamy z dzieckiem jak z profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bo nie o to chodzi. Ale rozmawiamy z nim jak z dorosłym. I właśnie dlatego pojawiają się u nas takie sformułowania, jak psik-psik, myju-myju czy luli-laj. Czyżby więc niekonsekwencja i podwójne standardy? Bynajmniej.

Jedną z podstawowych zasad udanej i owocnej komunikacji, jest dostosowanie języka do rozmówcy. Dlatego też, dla przykładu, zamiast mówić córce, że zaraz zaaplikujemy do nosa fizjologiczny roztwór wody morskiej w sprayu, mówimy jej, że zrobimy psik-psik.

W ten sposób dziecko szybko uczy się, co oznacza tak nazwana czynność. Między innymi dlatego, że nowe słowo stworzone jest w taki sposób, by dziecko łatwo je zapamiętało – czyli z dwóch takich samych, powtarzających się zwrotów.

Co ciekawe, gdy zastanawiałem się nad owocami naszego słowotwórstwa, okazało się, że tworzyliśmy z żoną własne nazwy czynności, ale nigdy przedmiotów. To znaczy – tworzyliśmy nowe czasowniki, ale rzeczy nazywaliśmy po imieniu. W ten sposób książka nawet nie miała szans stać się ksionśką. Ale książeczką już tak.

Zdrobnienia – tak, zdrobnionka – nie!
Nie ma nic złego w zdrabnianiu. Właściwie jest to nawet pewnego rodzaju doprecyzowanie. Bo o ile rodzic ma bluzę, to dziecko ma bluzeczkę. Ja mam buty, moje dziecko ma buciki. Pojazd w którym jeździ córka to wózek, a pojazd w którym jeździ pluszak córki, to wózeczek.

Ja mam palec, moje dziecko ma paluszek. Ale już na pewno nie paluszeczek, paleszuniek czy inny palusiek… A fuj! Toż to jakieś okropieństwo jest! Takie przezdrabnianie jest tak samo złe, jak przemianowanie książki na ksionśkę. I tak samo nie wnosi niczego do komunikacji, a jedynie ją zaburza.

Mówić normalnie
Czy mówienie normalnie do dziecka to trudna rzecz? Chyba nie. Twierdzę nawet, że dużo bardziej trzeba się postarać, żeby mówić do niego nienormalnie. Bo tworzenie nowych słów w komunikacji z małym człowiekiem jest normalne. Zdrabnianie jest normalne. Mówienie prostym językiem jest normalne. Nawet zmiana tonu głosu na "słodszy", to normalna i naturalna rzecz w komunikacji z dzieckiem. Ale infantylizowanie języka i tworzenie jakichś potworków językowych, to już normalne raczej nie jest.

Dziecko to inteligentny mały człowiek, do którego warto i trzeba mówić. Normalnie mówić.
Z szacunkiem dla niego i jego inteligencji.



Podoba Ci się ten blog? Polub go na Facebooku - będziemy w kontakcie!

15:59

Nawet w zły dzień nie biję dziecka #KTOKOCHANIEBIJE

Nawet w zły dzień nie biję dziecka #KTOKOCHANIEBIJE

Dzieci to własność rodziców, którzy mogą z nimi zrobić wszystko, na co tylko mają ochotę. Łącznie ze stosowaniem wychowawczego klapsa. Zwłaszcza, gdy rodzic ma zły dzień… Dzieci mają być bezwzględnie posłuszne, w przeciwnym razie powinny zostać zdyscyplinowane, choćby przemocą. Bo tylko w ten sposób będą mogły być stosownie przygotowane do dorosłego życia. Tylko rodzice wiedzą co jest dla dziecka dobre, a co złe – dzieci, jak ryby, głosu nie mają. Rodzice są też zawsze nieomylni. I najważniejsze – rodzicom należy się szacunek. Za sam fakt bycia rodzicami. Dziecku natomiast szacunek nie przysługuje.

Te wszystkie rewelacje poznałem w dyskusji, jaką wywołał na facebooku mój poprzedni tekst na blogu, traktujący o reagowaniu na stosowanie przemocy wobec dzieci. Rzeczy tam wypisywane wprawiały mnie w osłupienie. Podnosiły mi też ciśnienie w taki sposób, jak jeszcze nigdy nic, co działo się w Internecie. Niektórym tak bardzo przeszkadzała moja postawa w sprawie (nie)bicia dzieci, że posunęli się nawet do obrażania nie tylko mnie, co mi w sumie wisi, ale też mojej córki, co z kolei jest już niemałym chamstwem i zagrywką poniżej jakiegokolwiek poziomu.

Byli nawet tacy, którzy poczuli potrzebę przeprowadzenia w Internecie kampanii przeciwko mnie… Serio. Kogoś tak bardzo bolało, że stanąłem po stronie dzieci, że osoba ta postanowiła popsuć mi opinię w sieci. Jedna z osób, która trafiła na mój blog z takiego właśnie „polecenia”, napisała mi wprost: „Przeczytałam ten tekst raczej przez przypadek – został on wstawiony na jednej grupie do której należę, przez panią, która go skomentowała: ……poczytajcie wpis tego pożal się Boże rodzica. Czegoś tak beznadziejnego dawno nie czytałam”. Koniec końców, jedynym skutkiem tej akcji była naprawdę znacząca poprawa statystyk wyświetleń mojego bloga, więc w sumie dobrze na tym wyszedłem. Tym niemniej pokazuje to, jak wielkie emocje wywołuje temat bicia, a raczej niebicia dzieci. I jak bardzo emocje te są negatywne.

Tekstem „Widzisz jak ktoś robi to dziecku? ZAREAGUJ!” narobiłem sobie sporo wrogów. Kilku znajomych zablokowałem na Facebooku. Co do kilku(nastu) kolejnych, musiałem zrewidować swoje zdanie na ich temat. Ale publikacji tekstu i tak nie żałuję. Bo sprawa jest zbyt poważna. Zbyt ważna, żeby o niej głośno nie mówić.

Z badań przeprowadzonych w 2015 roku przez TNS Polska, na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wynika, że:
  • 58% Polaków nie widzi nic złego w dawaniu dziecku klapsa;
  • 32% Polaków aprobuje lanie w wychowaniu dzieci.

Nie są to w żaden sposób optymistyczne dane. Wręcz przeciwnie. Bo choć klapsy mają coraz mniej zwolenników, co widać w porównaniu z wynikami wcześniejszych badań, to akceptacja lania dzieci wzrosła z 28 do 32%! [TUTAJ możecie sobie zobaczyć pełne wyniki badań.]

Jak widać, jest w tym kraju jeszcze sporo do zrobienia w tej kwestii. Dlatego pozwolę sobie nie odpuścić, odnosząc się do najczęściej pojawiających się „złotych myśli” w trakcie wspomnianej dyskusji na faceboku, którą znaleźć możecie w TYM MIEJSCU. Choć jest to obecnie wersja dość okrojona – sporo komentarzy tam już poznikało.

Zadziwiających poglądów wychowawczych, które stanowczo należy przedyskutować, pojawiło się tyle, że za dużo tego na jeden tekst. Dlatego też wpisów będzie przynajmniej kilka, a w każdym z nich jedna „złota myśl”. Tak, by można je było łatwiej przetrawić.

Będzie to więc lektura niekrótka, a przy tym z pewnością (przynajmniej dla niektórych) niełatwa. Dlatego już teraz bardzo proszę o cierpliwość i otwarty umysł.

Miał zły dzień, to uderzył dziecko.

Biedny ojciec – żal mi go!


Komentarz z tą myślą był chyba pierwszym, jaki pojawił się pod wpisem. I choć mnie zwalił on z nóg, to w oczach innych był bardzo wartościowy, co można było zaobserwować po liczbie lajków, jakie zbierał. Teoria autorki polegała na tym, że rodzic, który uderza dziecko, na pewno miał zły dzień. Przez cały czas dawał radę trzymać nerwy na wodzy, ale gdy dzieciak zaczął ryczeć, że chce dostać dwa samochodziki zamiast jednego, to nie wytrzymał, i zdzielił go w tyłek.

Biedny rodzic, prawda? Dziecko nie zachowywało się tak, jak życzyłby sobie tego tata, więc miał prawo w końcu nie wytrzymać i je uderzyć. Przy wszystkich. W miejscu publicznym.

Gdyby chodziło o to, że facet prawdopodobnie miał zły dzień, w końcu nie wytrzymał napięcia i stracił panowanie nad sobą, co dał fizycznie odczuć swemu dziecku, wtedy pewnie byśmy nie mieli o czym rozmawiać. Bo nie oszukujmy się, nie każdy ma nerwy ze stali. Czasem sytuacja może być ponad nasze siły. I wtedy zdarzyć się może, że zrobimy coś, czego zrobić nie chcieliśmy, ani nie powinniśmy.

Problem w tym, że autorka złym dniem usprawiedliwiała zastosowanie przemocy wobec dziecka! Twierdziła wprost, że rodzic ma prawo uderzyć dziecko, gdy już nie jest w stanie znieść jego humorów. Co więcej, w prywatnych wiadomościach zaczęła podsyłać mi argumenty mające przemawiać za jej punktem widzenia. Tymi „argumentami” były historie w których ona nie wytrzymała napięcia, i użyła siły wobec dziecka.

Przykro mi, ale twierdzenia typu: można bić dziecko, bo mi też się to czasem zdarza, to nie jest żaden argument! To usprawiedliwianie siebie i swojego zachowania, a nie argument…

Gdy natomiast po kilku takich opowieściach, ciągle nie dawałem się przekonać, że bicie można usprawiedliwić, usłyszałem, że „nie wiem jak to jest mieć autystyczne dziecko.” Poważnie… Nagle autyzm dziecka stał się kolejnym argumentem za tym, że przemoc można usprawiedliwić!

Wychodziłoby więc na to, że moja rozmówczyni, jeśli miałaby akurat zły dzień, to mając dziecko z autyzmem, może zrobić z nim wszystko.

Tymczasem NIE!
Ani zły dzień rodzica, ani autyzm dziecka, ani żadne zachowanie dziecka, nie jest i nigdy nie będzie usprawiedliwieniem dla przemocy! To raczej znak dla danej osoby, że wyzwania, jakie stawia przed nim rodzicielstwo, będą wymagały jeszcze więcej pracy. Pracy nie tylko nad dzieckiem, ale i nad samym sobą.

Patrząc w ten sposób, rzeczywiście może być żal danego rodzica. Żal, że nie ma w sobie tyle siły i cierpliwości, ile wymagają od niego dane okoliczności. Żal, że rodzicielstwo tego rodzica jest zadaniem o znacznie wyższym stopni trudności, niż na przykład moje. Żal, że musi naprawdę ciężko nad sobą pracować, żeby nie skrzywdzić swojego chorego dziecka.

Ale żal ten w żaden sposób nie może być powodem zrozumienia dla stosowania przemocy wobec dzieci, ani tym bardziej jej usprawiedliwieniem!

Drogi Rodzicu, któremu zdarzy się stracić czasem panowanie nad sobą, i w efekcie uderzysz swoje dziecko!

Nie potępiam Cię. Nie jesteś złym rodzicem. Natomiast zachowanie to jest złe. Przemoc wobec dziecka jest zła. I nie ma dla niej żadnego usprawiedliwienia.

Dlatego bardzo Cię proszę – nie szukaj w swoim złym dniu, ani w zachowaniu swojego dziecka, usprawiedliwienia dla bicia. Niech sytuacja w której tracisz cierpliwość, będzie raczej sygnałem do pochylenia się nad swoimi emocjami, a nie do podniesienia ręki na dziecko.

Zadanie z pewnością niełatwe. Za to korzystne. Dla Ciebie i Twojego dziecka.

Wierzę, że Ci się uda. Bo wierzę, że jesteś dobrym rodzicem i kochasz swoje dziecko!
Powodzenia!

#ktokochaniebije

14:02

Widzisz jak ktoś robi to dziecku? ZAREAGUJ!

Widzisz jak ktoś robi to dziecku? ZAREAGUJ!

Byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia. W moim otoczeniu stało się coś niepokojącego, bulwersującego. Niestety - nie zareagowałem. Nie nagrałem filmu. Nie zrobiłem też zdjęcia, żeby umieścić je w mediach społecznościowych z dopiskiem #tematdlauwagi. Mogę za to sprawę opisać. I choć niekoniecznie jest ona warta uwagi reporterów Uwagi, to na pewno jest to #tematdodyskusji.

Ta bulwersująca sytuacja miała miejsce w kolejce przy kasie w centrum handlowym. Za mną stał mężczyzna, wypakowujący towary z kosza na taśmę kasową. Po jakimś czasie doszła do niego żona z ich kilkuletnim synem. Syn ten był bardzo niezadowolony i płaczący. Wrzeszczący wręcz, by nie powiedzieć - histeryzujący. 

Powodem nieszczęścia dziecka był brak zgody na kupienie mu dwóch aut Hot Wheels. Tata był nieugięty, za to mama próbowała negocjować: Jak chcesz, to kupimy ci jeden samochód. Na nic to się zdało. Chłopiec był uparty: Nieeeeeee! Ja chcę dwaaaaaa! Czyli w zasadzie typowa sytuacja w której rodzice nie zgadzają się na coś, co chce dziecko.

Płaczący i krzyczący potomek, to w miejscach publicznych spore wyzwanie dla rodziców. Jako tata dziecka, które ma bardzo donośny płacz i niezwykle piskliwy krzyk, wiem doskonale jak ciężkie bywają spojrzenia postronnych osób. I najwyraźniej dla ojca chłopca, który bardzo chciał dostać dwa samochodziki, ciężar ten był zbyt wielki do uniesienia. W pewnym momencie po prostu nie wytrzymał.

Chwycił syna za ramię, obrócił i... zdzielił go w tyłek!

Oczywiście nie przyniosło to efektu oczekiwanego przez ojca. Dziecko zamiast się uspokoić, zaczęło krzyczeć jeszcze bardziej. Matka zaś jeszcze bardziej starała się przekonać syna, że zakup jednego auta będzie najlepszym rozwiązaniem, które wszystkich usatysfakcjonuje.

Zachowanie ojca bardzo mnie zdenerwowało i podniosło ciśnienie. Niczym napój energetyczny wymieszany z bardzo mocną kawą, który sobie kiedyś zafundowałem. Kasjerka również była zbulwersowana, i widać było, że nie spodobało jej się to, co zobaczyła, bo zaczęła mylić i mieszać wyuczone regułki, które powinna kierować do klientów.

Nikt jednak nie zareagował. Nikt nie powiedział choćby słowa do ojca, który śmiał podnieść rękę na syna. I to publicznie. Co niektórzy popatrzyli tylko po sobie, ale nikt nic nie zrobił. Tak - wiem. Ja też się nie popisałem. Też nie zareagowałem. Dlatego nie piętnuję innych świadków zdarzenia, a jedynie opisuję sytuację. I biję się w pierś.

Czy mam coś na swoje usprawiedliwienie? Cóż, mam powody dla których wtedy nie zrobiłem. Choć niekoniecznie mnie one usprawiedliwiają. Są to: szok, zaskoczenie i przede wszystkim wątpliwość czy moja interwencja cokolwiek zmieni. Myślałem sobie, że ten klaps już się przecież wydarzył. Nie cofnę już go. Ojca zaś też zapewne nie przekonam, że to co zrobił było niewłaściwe. Skoro to zrobił, to zapewne uważał, że miał do tego pełne prawo.

Na szczęście mam w domu wspaniałą Żonę, która w dyskusji nad omawianym zdarzeniem uświadomiła mi, że interwencja mogłaby mieć wielkie znaczenie dla tego dziecka. Przeciwstawienie się biciu mogłoby uświadomić malca, że nie jest to wcale naturalny i normalny element stosowany przez rodziców do kontroli nad dzieckiem.

Poza tym, doszedłem również do wniosku, że nawet jeśli nie przekonałbym tamtego mężczyzny do zaprzestania stosowania przemocy wobec dziecka, to może chociaż następnym razem dwa razy zastanowiłby się nad podniesieniem ręki na syna w miejscu publicznym? Może udałoby się w ten sposób zaoszczędzić kolejnych upokorzeń temu dziecku?

Użycie siły wobec dziecka jest oznaką słabości!

Kilka lat temu w rozmowie ze znajomymi, wypłynął temat klapsów i "dawania lania" dzieciom przez rodziców. Ku mojemu zaskoczeniu, większość twierdziła, że jeśli argument siły nie jest nadużywany, to wszystko jest w porządku. Padło nawet stwierdzenie, że rodzic czasem musi dać dziecku lanie, żeby pokazać mu siłę i jego miejsce w szeregu. Wtedy już nie wytrzymałem i włączyłem się do dyskusji mówiąc, że stosowanie przemocy wobec dziecka jest oznaką słabości, a nie siły, czego nikt nie śmiał już zakwestionować i szybko zmieniono temat.

Mam jednak wrażenie, że w Polsce jest ciche przyzwolenie na klapsy dyscyplinujące. Zupełnie nie do pomyślenia w Niemczech. Do dziś pamiętam sytuację z monachijskiego tramwaju, kiedy to starszy pan, nie mogąc znieść głośnych (ale w sumie w granicach normalności) rozmów młodych współpasażerów (około 10-12 latków), pozwolił sobie zdzielić jednego z nich w głowę, z tekstem: Będziesz już cicho?! Chcę mieć spokój!

To, co stało się potem, było wręcz niewyobrażalne. Nagle prawie wszyscy obecni w tramwaju dorośli ludzie zostawili swoje telefony, książki i gazety trzymane w rękach, i wręcz rzucili się na tego agresywnego pana! Jedni sami chcieli wymierzać sprawiedliwość, inni grozili wezwaniem policji, a jeszcze inni chcieli wyprosić agresywnego pasażera z pojazdu.

Oczywiście nie wszystkie z tych metod są godne naśladowania, ale już sama postawa - obrona przed przemocą wobec młodego człowieka, to coś, co zdecydowanie należy pochwalić. I wcielać w życie. Ja na pewno będę się starał reagować.

A co Ty myślisz o dawaniu klapsa dziecku?
Reagujesz gdy widzisz jak inni biją dzieci?
Jak według Ciebie powinno się reagować?



PS Dziecko na zdjęciu płacze z powodu upadku, a nie przemocy. :) 

20:08

napiszemy.to - zawodowo

napiszemy.to - zawodowo
"Pasja jest po to, by dawała nam radość. Pieniądze ma przynosić praca. Wiele osób tego nie rozumie, i stara się robić zawodowo to co lubi, a nie to, co przynosi pieniądze". Tak powiedział mi wiele lat temu pewien lekarz, u którego byłem w celu badań potrzebnych mi do zdobycia nowej pracy. Pracy, która nie była moją pasją. Pracy, którą wykonywałem po to, żeby zarobić pieniądze. Nic więc dziwnego, że wtedy temu lekarzowi przytaknąłem. Dziś powiedziałbym mu, że gada bzdury!

Bo teraz dojrzałem do tego, że wcale nie musi być tak, jak pan doktor mówił. Że można pracować z pasji. Że można robić to, co się bardzo lubi - zawodowo. I przede wszystkim, że należy walczyć o to, by tak właśnie było!

Tak też zrobiliśmy. Wraz z moim najlepszym przyjacielem, postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce. Zawalczyć o to, by praca którą wykonujemy, zadania których się podejmujemy, sprawiały nam czystą radość.

Bo czyż nie jest korzystne dla wszystkich, gdy to co się robi, robi się z pełnym zaangażowaniem, wynikającym między innymi z tego, że ktoś po prostu lubi to, co robi? Że robi się nie dlatego, że "muszę", ale dlatego, że "chcę"? Czyż motywacja do pracy i troska o to, by była ona wykonana najlepiej, jak to tylko możliwe, nie jest wtedy stokroć większa?

Między innymi odpowiedzi na powyższe pytania (które, jak zakładam, są dla wszystkich oczywiste), doprowadziły do tego, że powstała firma napiszemy.to. Firma z którą wiążę swoją przyszłość i wielkie nadzieje.

Czym zajmujemy się w napiszemy.to?
Pisaniem tekstów. ;)

A konkretnie? Konkretnie, to robimy rzeczy następujące:
  • piszemy teksty na strony internetowe;
  • prowadzimy blogi firmowe;
  • prowadzimy profile w mediach społecznościowych;
  • piszemy teksty pod pozycjonowanie;
  • redagujemy i przeprowadzamy korektę treści;
  • piszemy teksty na zamówienie.

To, co robimy w naszej firmie, można opisać dwoma słowami: content marketing.
Czym właściwie jest ten cały content marketing, i dlaczego jest on tak ważny w Internecie, dowiesz się z TEGO TEKSTU.

Jesteśmy ludźmi od tekstu w Internecie. I robimy to zawodowo. Ale i z pasją!

Wiem jak górnolotnie to brzmi. Wiem też jednak, jak bardzo to prawdziwe. Wiem jaką radość i dumę czuję na myśl o napiszemy.to. Wiem jak bardzo cieszę się na każdy nowy projekt.

Poszliśmy z przyjacielem w drogę za marzeniami. Czy widać światełko na końcu tej drogi? Nie.
Widać świetlaną przyszłość! :)


PS Chcesz być na bierząco z postępami naszej firmy? Polub napiszemy.to  na facebooku.

17:01

Twoja praca się opłaca?

Twoja praca się opłaca?
Czasami bywa tak, że człowiek ma serdecznie dość miejsca w którym pracuje. Nachodzi wtedy ochota na to, żeby rzucić tę robotę w diabły i poszukać czegoś nowego. Jeśli weźmie się dodatkowo pod uwagę fakt, że zwiększenie dochodów jest najlepszym sposobem na zwiększenie oszczędności – perspektywa zmiany pracodawcy staje się jeszcze bardziej kusząca.

08:32

Życie na zapas

Życie na zapas

Mieliśmy w domu kolekcję CD, jeszcze na długo, zanim staliśmy się posiadaczami sprzętu, mogącego zrobić jakikolwiek użytek z płyt kompaktowych. Wiele lat temu sam też kupowałem  sporo różnych magazynów komputerowych, nie mając nawet dostępu do PC. Dziwne? Trochę tak. Ale kto z nas nie robi(ł) takich rzeczy?

22:59

Co z tym mężczyzną?

Co z tym mężczyzną?

Drobna kobieta macha wielkim, cięższym zapewne od niej samej młotem, starając się zburzyć murek, który pozostał po starym płocie przed domem. Obok stoi jej mąż. Z założonymi na piersi rękami, przyglądając się, jak po twarzy małżonki spływają krople potu. I wielce oburza się na uwagę jednej z przechodzących obok osób, że kobieta się męczy, a facet stoi i się patrzy. Gdyby było odwrotnie, to nikt by się nawet słowem nie odezwał! – krzyczy poirytowany.

15:24

Przelew Unplugged

Przelew Unplugged

Niebywałe, jak bardzo męczyłem się przy wypełnianiu papierowego druku przelewu bankowego. Jestem tak przyzwyczajony do płatności internetowych, czy też mobilnych, że zrobienie przelewu metodą „bez prądu”, było naprawdę nie lada wyzwaniem!

19:52

10 rzeczy, które w pełni doświadczysz dopiero, gdy zostaniesz rodzicem

10 rzeczy, które w pełni doświadczysz  dopiero, gdy zostaniesz rodzicem

Pytanie o to, czy świat stanął mi teraz na głowie, było najczęściej stawianym mi pytaniem przez znajomych po tym, jak zostałem ojcem. Niektórzy nawet nie tylko pytali, ale sami stwierdzali to jako oczywisty fakt. A jaka jest odpowiedź? Czy świat rzeczywiście obrócił mi się o 180 stopni? Po kilkunastu tygodniach bycia rodzicem, mogę już na to pytanie odpowiedzieć.

17:11

CDA i ja

CDA i ja

Jest coś, od czego byłem kiedyś uzależniony. Coś, na co swego czasu przeznaczałem regularnie prawie całe moje kieszonkowe. I to przez kilka lat. Coś, na co czekałem z wypiekami na twarzy, i po co regularnie wstawałem o świcie, żeby tylko jak najszybciej to zdobyć. Pomimo, że zwykle z wielką niechęcią wstaję z łóżka. Coś, dzięki czemu całkiem sporo zawdzięczam. To coś, to CD-ACTION – magazyn dla graczy, którego jubileuszowy numer, z okazji 20 lat istnienia czasopisma, właśnie trafił w moje ręce. Wywołując falę wspomnień i nostalgii.

14:25

Bo uczyć też trzeba umieć

Bo uczyć też trzeba umieć

Pamiętam, że za czasów szkolnych bardzo często zdarzało się, że zadania do wykonania na wszelkiego rodzaju sprawdzianach i kartkówkach, były bardziej skomplikowane niż to, czego uczyliśmy się na lekcjach. Standard. Ale za to nigdy nie było tak, że na pracy klasowej trzeba było wykazać się znajomością czegoś, czego wcześniej nie omawialiśmy. Bo to przecież bardzo logiczne, prawda? jak się jednak okazuje - nie dla wszystkich.

23:05

Nie umiem czytać

Nie umiem czytać

Czytając niedawno książkę, uświadomiłem sobie ze zdziwieniem, że nie umiem czytać... A ponieważ doszedłem do takiego wniosku podczas czytania, co jest cokolwiek dziwne, zastanowiłem się nad nim głębiej. Ale końcowy efekt był ten sam. Jak to w ogóle możliwe? I jak to jest, że ktoś, kto twierdzi, że nie potrafi czytać, potrafi pisać? Już wyjaśniam.

07:56

Bo za dobrze, to niedobrze

Bo za dobrze, to niedobrze


Odchodzący z pracy współpracownik, choć właściwie - mój kierownik, poprosił mnie, bym na koniec powiedział mu, co mi się w nim podoba, a co nie. Tak, żebym wiedział co powinienem w sobie poprawić, bym mógł być lepszym człowiekiem - stwierdził. I miał rację. Nie spodziewa się jednak, że nie powiem mu co według mnie mógłby poprawić, lecz co dobrze by było popsuć...

14:14

Fotografia w dobie smartfonów

Fotografia w dobie smartfonów

Jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało, telefony komórkowe zmieniły nasz sposób postrzegania fotografii. Śmiało można nawet powiedzieć, że tak jak jeszcze niedawno telefony miały funkcję aparatu, to teraz smartfony z dobrym aparatem - mają funkcję dzwonienia. Paradoksalnie, aktualnie określenie aparat telefoniczny, jest bardziej adekwatne do tego, co trzymamy w kieszeniach, niż do stacjonarnych urządzeń, służących do dzwonienia. Pretekst do zastanowienia się nad tym, czym jest fotografia w dobie "mądrych telefonów", dały mi współpasażerki podczas ostatniego lotu do Polski. Sprawa nie jest może jakoś niezwykle poważna, ale tragiczno-komiczna na pewno... No i każdy z nas będzie mógł wyciągnąć z niej lekcję.

20:25

Ojciec

Ojciec

Dziś Dzień Ojca. Przynajmniej według polskiego kalendarza, bo w Niemczech przypada on na 15 maja. To zawsze dobra okazja, by pomyśleć trochę nad ojcostwem. Dla mnie okazja to szczególna, bowiem ostatni raz dzień ten nie jest moim świętem! Ze zdwojoną siłą myślę więc o byciu ojcem. Ze świadomością, że niebawem skończy się teoretyzowanie, a zacznie praktyka. Teraz i ja będę musiał zmierzyć się z tym niełatwym wyzwaniem. Ale wiecie co? Zrobię to z ogromną, przepotężną wręcz przyjemnością!

21:22

Przepraszam...

Przepraszam...

Lubię czytać podczas przemieszczania się. W zasadzie około 90% konsumowania przeze mnie tekstu odbywa się "w drodze". Najczęściej delektuję się lekturą siedząc w miarę wygodnie w pojazdach komunikacji miejskiej. Bywa jednak i tak, że czytam wędrując pieszo. To ostatnie bywa jednak dość niebezpieczne. Zwłaszcza na przejściach dla pieszych, czego mogłem doświadczyć osobiście…

Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI